head

head

niedziela, 5 października 2014

Bieg 7 Dolin - relacja

…i znowu dzwoni budzik  w środku nocy…

Wstaję po cichu i kieruję swe kroki do kuchni, gdzie leżą rzeczy uszykowane na bieg. Za mną na paluszkach przemyka Ania, która za godzinę po raz pierwszy ruszy nocą na szlak. Dzieciaki śpią w łózkach, zmęczone 10-godzinną podróżą samochodem. Może śni im się, jak mama i tata biegają po górach?

Sprawdzone ciuchy i plecak. Sprawdzone jedzenie. Wypracowana na poprzednich biegach rutyna. Tylko buty nowe, jeszcze „niedotarte” – mam nadzieję, że nie zawiodą. Zawiodła natomiast pamięć – w zamieszaniu przy odbiorze pakietów zapomnieliśmy o agrafkach i teraz przyklepujemy numer startowy przyklejony do spodni z pomocą naklejek na worki przepakowe… No cóż, może nie odleci? A może dopiero po godzinie-dwóch?

Nerwowy wieczór sprawił, że zapomniałem nie tylko o agrafkach. Nie wiem gdzie są przepaki i gdzie się oddaje (oddawało?) worki, więc rezygnuję z nich w ogóle. Decyduję, że będę dojadał na punktach, a jeśli buty jednak mnie zawiodą, Gruby Benek będzie sklepany jak Buma po Niemcu z komisu. Z drugiej strony ominęło mnie wiele z przedstartowego stresu, jako że te ostatnie kilka dni przed biegiem przejmowałem się bardziej pierwszą rodzinną wyprawą w góry niż czekającymi mnie zawodami.

A jest się czym przejmować. W ciągu lata okazało się, że od poprzedniego roku organizatorzy UTMB znowu podnieśli wymagania punktowe wobec kwalifikantów – trzeba mieć 8 punktów, a nie 7. Myślałem, że K-B-L da mi wymagają liczbę punktów, a tu niespodzianka: muszę ukończyć ostatni bieg sezonu. No dobrze.

Ania przypomina mi kilkakrotnie, żebym nie szalał, tylko biegł na ukończenie. Przyjdzie jeszcze czas na ściganie. Wiem, że ma rację i powinienem tak postąpić, nie jest to jednak łatwe. Poprzednie biegi nie poszły tak, jak sobie to wyobrażałem i chciałbym chociaż raz w roku dać czadu. „Zobaczymy jak będzie” – myślę sobie, uśmiechając się do Ani.

Widzę, że jest zdenerwowana. Czy poradzi sobie z bieganiem w terenie, z błotem, przewyższeniami? Czy da radę biec z czołówką po raz pierwszy w życiu? Czy sprosta kilku godzinom wysiłku – nigdy nie biegła więcej niż 3 godziny…

Do kuchni wkracza zaspany tata, który sam zaproponował, że wstanie w nocy i zawiezie nas na start. Kochany! Czas się zbierać. Na krynicki deptak docieramy na 3 minuty przed startem. Nie ma mowy o rozgrzewce, rozmowie, ostatnich radach. Krótki buziak na drogę i już przepycham się przez tłum biegaczy, starając się zająć miejsce bliżej bramy startowej. Ledwo zdążyłem odpalić Ambita i pomodlić się, już się zaczęło.

Szybko. No cóż, muszę się uwijać. Krzysiek radził, żebym postarał się nie utknąć w tłumie, bo potem stanę w korku na pierwszym zbiegu. Krótki kawałeczek asfaltu i już jesteśmy na szlaku. Bieg 7 Dolin nie ma kilkukilometrowej rozbiegówki asfaltem, na której wąż zawodników mógłby odpowiednio rozciągnąć się i schudnąć, dając biegaczom odpowiednią ilość miejsca. Na pierwszym podejściu jest gorąco, w przenośni i dosłownie. Ludzie przepychają się, w milczeniu torują sobie drogę. Ustępuję grzecznie. Zdejmuję wiatrówkę i koszulkę z długim rękawem – niepotrzebnie zabrałem tę ostatnią, jest o wiele cieplej, niż mi się wydawało. Cały bieg spędzę jednak w krótkim rękawku.

Idę pod Jaworzynę i dziwię się niepomiernie. Po pierwsze, to nie szlak, to jakaś autostrada, Za szeroko, za równo, za płasko. Po drugie, wciąż wyprzedzają mnie ludzie. Tłumaczę sobie, że to biegacze na 33 i 66 km. W przeciwnym razie, jak tak dalej pójdzie, skończę bieg na szarym końcu.
Dziwię się także na to, co słyszę i widzę. Co chwilę ktoś utyskuje, że ciężko. Na zbiegu narzekają na błoto. Jakie błoto, szlak jest prawie zupełnie suchy! Przy stacji narciarskiej na Jaworzynie myślę sobie: „to już?”. Niemożliwe, tak łatwo poszło? A jednak, przed nami zbieg. Biegnę lekko, spokojnie, luźno. Pozwalam się wyprzedzać, staram się nie tracić sił.

Mimo, że pod względem fizycznym czuję się nadzwyczaj dobrze, psychicznie nie jest tak wesoło. Nie chce mi się biec, jestem zmęczony nocą, zbyt licznym towarzystwem i sam nie wiem czym jeszcze. Zwykle na tym etapie biegu kipię energią i humorem, tym razem tego ostatniego mi brakuje. Byle do świtu, powtarzam sobie w myślach.

W końcu nadchodzi dzień, który wita biegaczy przy schronisku na Hali Łabowskiej. Nie potrafię się cieszyć widokiem. Wpatruję się z niemym zdumieniem w sterty plastikowych kubków porozrzucanych dookoła. Wszędzie śmieci. Nawet kilkadziesiąt metrów za schroniskiem: na szlaku leżą zużyte kubki, opakowania po żelach i batonach, nawet półlitrowe butelki wody rozdawane na punktach. Niewiarygodne i smutne. Staram się za dużo nie myśleć, bo nie lubię źle myśleć o innych.
Myślę o Ani. Jak jej tam idzie? Czy buty dają radę? Czy nie zgubiła numeru? Wyciągam telefon, żeby napisać jej jakiegoś motywującego smsa, a tam wiadomość:

„20 km. moc!”

Dalej biegnę z uśmiechem.

Troszkę błota przed Rytrem wprowadza mnie w jeszcze lepszy nastrój, kilka uślizgów podnosi poziom adrenaliny. Na asfalcie biegnę przez kilka chwil z kolegą, z którym będę się mijał na trasie przez kolejnych ładnych kilka godzin. Dużo tego asfaltu, chcę już ten punkt! W butach mam sporo piachu, coś tam przeszkadza, muszę je na chwilę zdjąć. Poprawiany niezliczoną liczbę razy numer prawie zupełnie odpadł od spodenek. W głowie już mam plan, jak rozwiązać ten problem. Patrzę na zegarek i konfrontuję czas z rozpiską. Jest dobrze!

Rytro.

Wypijam na miejscu pół litra Muszynianki i decyduję się nie uzupełniać wody w bukłaku, mam jej jeszcze sporo. Zjadam kabanosa i zdejmuję buty. Coś już tam lekko pobolewa, ale tylko otrzepuję skarpety z piachu i trawy i zakładam buty, mocniej je sznurując. Numer startowy mocuję do plecaka, wykorzystując sznurki przy zamkach błyskawicznych na kieszonkach z tyłu. Pasuje idealnie! Super, problem z głowy.

Pytam wolontariuszy gdzie jest następny punkt. Nie wiedzą. Aha. No trudno, jakoś sobie poradzę.
Po jakimś kwadransie szutrowej drogi trasa zbacza na ścieżkę wiodącą stromo w górę, ku Radziejowej. Wyszło słońce i zaczęło grzać. Chce mi się pić tym bardziej, że słony kabanos wzmógł pragnienie. Ciężko. Stromo. Wyprzedzają mnie. Tempo mocno spada. Zaczynam oszczędzać wodę.
Kolejna godzina czy dwie mijają nie wiadomo kiedy. Nie pamiętam obrazów ani wrażeń. Jest nijako. Nie chce mi się jeść ani biec. Pić – owszem, ale niekoniecznie gazowanej Muszynianki… No nic, nie ogarnąłem przepaków, więc jestem skazany na to, co nam przygotowali organizatorzy.

Nadzieję na odbudowanie nastroju i sił wiążę z punktem przy schronisku na Przehybie. Piję dużo i uzupełniam bukłak do pełna. Rozciągam się lekko i idę dalej. Wzdycham ciężko spojrzawszy na rozpiskę międzyczasów - mam niezłą obsuwę. To jednak dopiero pierwsza połowa biegu i nie ma co się przejmować. Staram się podzielić dystans pozostały do Piwnicznej na kilka mniejszych etapów. Na Radziejową. Na Eliaszówkę. Do Piwnicznej.

Zadanie na pierwszy etap: zatrzymać dalszy spadek tempa. Staram się maszerować energicznej. Wielką dawkę mocy dają mi smsy od Szymona. No i ten od Ani:

„5:20 meta. Ale zabawa!”

Wow. Odpisuję wyrażając mój zachwyt w prostych niecenzuralnych słowach i chwalę się kolegom dookoła.

 I znowu godzina czy dwie, jak to się mówi, „bez historii”. Tempo słabe, słabo też z jedzeniem. 
Pełznę w trybie oszczędzania energii.

Ożywiam się na zejściu do Piwnicznej. Trasa prowadzi górskim grzbietem, po obu stronach którego rozciągają się piękne panoramy. Pogoda dopisuje, widoczność również, dzięki czemu mogę podziwiać pasma gór na kolejnych planach. Droga biegnie między gospodarstwami: tu starsza Pani siedzi na ganku, tam gospodarz stoi przy płocie i pozdrawia biegaczy. Cudowny sielski obrazek. Tu czas płynie inaczej…

W Piwnicznej trzeba przejść przez ulicę, żeby dotrzeć do punktu odżywczego. Straż graniczna zatrzymuje ruch, żebyśmy mogli przedostać się na drugą stronę. Pokazują którędy mamy biec, uśmiechają się, dodają otuchy. Jestem im bardzo wdzięczny za te gesty przyjaźni. W takich sytuacjach zawsze proszę Pana Boga, by błogosławił tym dobrym ludziom, żeby pomógł im rozwiązać jakiś problem, dał dobry humor…

Na punkcie – szpital polowy. Ci, którzy tu mają metę, leżą i całym sobą manifestują niechęć do jakiegokolwiek ruchu. Inni, którzy muszą iść dalej, mają nietęgie miny. Ciężko im się zebrać do biegu. Wiem, że każda minuta spędzona na przepaku potęguje to uczucie, dlatego proszę młodych ludzi, którzy siedzą koło mnie, by pomogli mi napełnić bukłak, piję i ruszam dalej.

Wchodzę na chwilę na facebooka, żeby napisać do przyjaciół, że wyszedłem z Piwnicznej. Widzę wiadomość od Roba Krara:

„Co tam?” – pewnie odpisał na to, jak go zagadałem… ładne kilka dni temu.
Odpisuję: „Stary, właśnie biegnę na 100 km”
I czytam w odpowiedzi: „To fajnie. Odłoż ten telefon, dupa w troki i napieraj!”

No cóż, skoro Rob każe, Kuba musi.
A nie jest wcale łatwo…

Bardzo ostre podejście drogą, w pełnym słońcu, potem kamienisty zbieg. Na dole niewesoło, bo przed nami widać kolejny grzbiet na który musimy się wspiąć. Drogę widać świetnie, ponieważ prawie nic jej nie osłania. „Napieraj!” słyszę Roba w głowie.

Nie jest łatwo. Mijam kolejnych uczestników, którzy zatrzymują się, ugotowani. Każdy krok oznacza hektolitry potu i falę gorąca zalewająca ciało i umysł. Wielu się poddaje. Zalegają w rowie, krzaczorach, leżą i dyszą. Dzwonią do bliskich i łamiącym głosem przekazują im złe wieści. Schodzą do Piwnicznej. To droga śmierci.

Staram się nie patrzeć, nie słuchać i nie myśleć o niczym więcej niż o kolejnym kroku. Noga za nogą, metr po metrze wdrapuję się na stromiznę. Przeliczam po raz kolejny międzyczasy i wychodzi mi na to, że będę walczył o to, by zmieścić się w limicie czasu. Cholera. Nie ma mowy o biegu, wszystko w środku mi się trzęsie, jakby poluzowały się śruby, również w mózgu, bo jestem otępiały i zniechęcony.

Modlę się.

Panie Boże, zabierz to słońce. Ojcze Nasz, Zdrowaś Mario, Aniele Boży… Żelazny zestaw towarzyszący mi od 30 lat. Musi zadziałać.

Kwadrans później pierwsza kropla uderza mnie w twarz. Po kilku minutach pada na całego. Chłodny deszcz przywraca mi jasność umysłu. Dzwonię do Ani i proszę, żeby sprawdziła, czy przed metą jest jeszcze jakieś miejsce, gdzie trasę biegu przecina asfaltowa droga i można tam dojechać. Po chwili Ania oddzwania: Wierchomla! Proszę, by tata przywiózł mi dwa litry coli. Nie, nie proszę, błagam.
Tata mówi, że postara się zdążyć. Idę popychany nadzieją na ratunek. Schodzę do Wierchomli i wlokę się noga za nogą asfaltówką, obracając głowę za każdym razem, gdy słyszę za plecami warkot silnika. Wreszcie są. Ania z tatą! Kilka słów, nieważne jakich. Jest w nich troska, niepokój, miłość. Litr w rękę, litr do plecaka. Do mety.

Pierwszy litr obalam jeszcze przed wyciągiem. W międzyczasie mijam punkt kontrolny, na którym kilkadziesiąt osób odpoczywa w najlepsze. Na co wyczekacie?! Wstawać i biec!!! Z ust dobywa się ledwie szept.

Na podejściu kofeina i cukier zaczynają działać. Szykuję się na ostry zbieg – kolega, z którym maszerowałem przed chwilą mówił, że jest straszny, gorszy niż podejście. Okazuje się to wierutną bzdurą. Zbieg jest łagodny, a kamienie ktoś uprzejmie stępił. Wyprzedzam. Wyprzedzam!
Potem znowu w górę. Delikatnie, szeroko, wygodnie. To nie żaden szlak, tylko jakaś pieprzona autostrada. Wstyd nie biec. Nie biegnę, boli, kolka. Wyciągam drugą butelkę.

Przeliczam, wciąż przeliczam, jak mały komputerek. Jak księgowy. Ostatnia godzina zmieniła obraz rzeczy. Temperatura spadła, słońce skryło się za chmurami. Cola zdziałała cuda. Może by tak powalczyć o 16 godzin?

Patrzę na profil trasy i przeliczam. Od Bacówki zostaje 12 km. 3 w górę i 9 w dół. Ok. Do punktu muszę opróżnić flachę i zebrać się w garść. A potem… Mam zamiar się zniszczyć.
Tutaj też piknik. A ja nie czuję potrzeby, żeby się zatrzymywać. Własnie wypiłem kolejny litr coli, mam jeszcze wodę w plecaku i jedzenie, nie chce mi się pić, jeść, tylko biec. W ciągu sekundy poprawiam lokatę o 20 miejsc.

Wpada mi do głowy pomysł. Policzę ile osób uda mi się wyprzedzić do mety.

Zaczynam namierzanie: w zasięgu wzroku 3 kolesi, idą dość żwawo. Nie dość. Ja napieram pod górę po 8 z hakiem. Ostro. 1, 2, 3, a potem niedługo 4 i 5. Któryś z nich próbuje się utrzymać, bo słyszę przez chwilę dyszenie za plecami. Tylko przez chwilę.
6, 7, 8, 9. Odliczam czas rywalami, których zostawiłem w tyle. Z każdego wysysam energię i adrenalinę. 10! Kiedy szlak zacznie biec w dół? Nie mogę doczekać się biegu, truchtam nerwowo na zmianę z forsownym marszem. 11, 12, 13!

I zaczyna się zbieg. 14, 15.Pumy wysuwają naostrzone pazury. 16, 17, 18, 19. Czepiają się każdego korzenia, wbijają pazury nawet w kamień. 20, 21. Chlapią błotem na wszystkie strony. 22, 23, 24, 25, 26.

Wszystko się we mnie śmieje. Nie czuję zmęczenia ani bólu. Biegnę jak dziki, cztery z hakiem na minutę. Niektórzy z wyprzedzanych patrzą na mnie z niedowierzaniem, inni z zazdrością, inni jeszcze  - jak na debila. 27, 28, 29, 30.

Widzę przed sobą jakiegoś charta. Nie chce dać się dogonić. Ok. 31, 32. Wymijam przebiegając przez kałuże, albo bokiem, lasem, między drzewami. 33. Kurde, szybki jest. Jak na górską setkę, rzecz jasna. 34, 35. Jest mój, już siedze na jego plecach. Kilka głębszych oddechów i rura. 36.
Niech to się nie kończy. Niech za każdym zakrętem będzie przynajmniej jeszcze jeden. 37, 38, 39, 40.

Małe zamieszanie w miejscu rozwidlenia szlaków. Taśmy prowadza w obie strony, wybieram intuicyjnie kierunek, oby okazał się dobry. 41, 42, 43, 44. Kolega przede mną krzyczy, że na pewno jest ok. Dzięki, numerze 45.

Na kilometr przed meta niespodzianka. Kilkadziesiąt zwalonych drzew w poprzek szlaku. Grrrr…  trzeba przez nie przejść. W oddali słychać odgłosy mety. 46. Wreszcie mogę znowu biec, więc pędzę jak wiatr. 47.

Nagle szlak się urywa i jestem w Krynicy. „300 metrów” – krzyczą. Kto? Nie mam pojęcia. Widzę tylko 3 biegaczy przede mną, falangą zasłaniających metę. Kątem oka zauważam tatę, wydaję jakiś ryk w jego kierunku i przestaję oddychać. 48, 49, 50.
Sprint deptakiem. Meta.


Siadam na bruku i śmieję się jak głupi do sera. To była najpiękniejsza godzina w górach w całym moim życiu.

wtorek, 23 września 2014

3 pytania do... Piotrka Hercoga

Ma góry za progiem domu. Zajął najwyższe w historii startów Polaków, 15. miejsce na UTMB. W wyścigu dookoła Mount Fuji wspiął się do pierwszej dziesiątki. Sukcesy w Polsce trudno zliczyć.



Cieszę się, że zgodził się odpowiedzieć na moje pytania. Szkoda, że rozmowa nie odbyła się przy piwie w Pasterce, gdzie wraz z zasięgiem telefonów znikają wszystkie troski...

Piotrek Hercog

1. W górach znajduję...

...spokój, energię, cel.

2. Biegam dystanse ultra, bo...

...zawsze lubiłem sporty wytrzymałościowe. Uczą przezwyciężania własnych słabości. Dają świetny kontakt z naturą  i jej pięknem.

3. Jeżeli w górach miałoby się spełnić jedno z moich marzeń, byłoby to...

...mam bardzo dużo pomysłów do realizacji. Nie jest to jedno marzenie, a szereg rzeczy związanych z górami: od startów w trudnych i pięknych biegach górskich po kilka celów ośmiotysięcznych.


poniedziałek, 15 września 2014

3 pytania do... Gediminas Grinius / 3 questions to...

/English below/

Cześć!

Zaczynam nowy cykl wpisów na blogu. Będę zadawał te same 3 pytania górskim ultrasom. 
Od kiedy interesuję się bieganiem w górach, bardzo ciekawi mnie to, co myślą i czują najlepsi, bardziej nawet niż ich wyniki. Moje pytania... tak naprawdę to nie są nawet pytania, a jedynie zalążki myśli skierowane ku górom.

To zaszczyt, że na początek mogę przedstawić odpowiedzi Gediminasa Griniusa, Litwina (ale w sercu w połowie Polaka) mieszkającego w Szczecinie), 3. zawodnika na mecie tegorocznego Lavaredo Ultra trail i 5. na UTMB.

I am starting a new column. I ask ultrarunners the same three questions. Since I got interested in trail running, I have always been curious what do the best runners think and feel. This is even more interesting than their results and races. My questions... well, they are not questions actually, more of origins to some thoughts, born in the mountains.

It is a great honor to begin the column with the answers of Gediminas Grinius, a Lithuanian (yet half-Polish at heart) who lives in Szczecin, and who 3rd at this year's Lavaredo Ultra Trail and 5th at UTMB.
 


1. W górach znajduję...

...siebie samego, tego prawdziwego, bez maski.

2. Biegam dystanse ultra, bo...

...to rodzaj medytacji i relaksacji.

3. Jeżeli w górach miałoby się spełnić jedno z moich marzeń, byłoby to...

...zamieszkać tam z Gintare i dzieciakami oraz uczyć ich tego, co się naprawdę liczy w życiu, prawdziwego świata.

1. In the mountains I find...

...myself, the real one, without any mask.

2. I run ultra distances because...

...it is a form of meditation/relaxation.

3. If I were to have one of my dreams fulfilled in the mountains, it would be...

...living in the mountains with Gintare and kids, teaching them about the world that really matters.



sobota, 13 września 2014

Qba - zając

Prowadzenie medalisty mistrzostw świata  i rekordzisty Polski na 800 m Pawła Czapiewskiego po życiówkę - bezcenne...



Brawo Czapi!!!


P.S. No dobra, jechałem rowerem.....

środa, 10 września 2014

10 punktów

3 miesiące, 4 biegi, 372 km napierania, 15100 m pod górę. 10 punktów do UTMB.

3 months, 4 races, 372k of distance, 15100m of vertical gain. 10 UTMB points.


fot. Piotr Bartkowiak

[English below]

Dziękuję wszystkim, którzy pomogli mi w realizacji tego wyzwania. W szczególności dziękuję Szymonowi Bujalskiemu za zaufanie, wspólny Bieg Rzeźnika i zagorzałe kibicowanie podczas kolejnych wyścigów; Bartkowi Mejsnerowi za przyjaźń, wsparcie i wszystkie rozmowy; wreszcie mojej ukochanej żonie Ani Krause i całej mojej rodzinie za wiarę, nadzieję i miłość.

Dziękuję za wyjątkowe chwile podczas każdego z biegów: za Połoninę Caryńską razem z Domi na Rzeźniku, świt w Górach Bardzkich razem z Michałem Matlągiem podczas biegu K-B-L; wspólne nerwy przed Chudym Wawrzyńcem  z Moniką Bilnik; i wreszcie te kilka słów od taty w Wierchomli na trasie Biegu 7 Dolin.

Dziękuję także moim partnerom: bieganie.pl, The North Face oraz Julbo.

Dziękuję wszystkim przyjaciołom za wszelkiego rodzaju wsparcie.

Dziękuję Timmy'emu Olsonowi i Robowi Krarowi za inspirację i przykład jak górskie ultra kształtuje charakter.


Wreszcie dziękuję Panu Bogu, który stworzył góry i pozwolił mi po nich biegać.  

Thanks to everyone who helped me to accomplish this challenge. Special thanks to Szymon Bujalski for his trust, company at Bieg Rzeźnika and fierce support during the other races; to Bartek Mejsner for his friendship, support and all those conversations; last but not least, to my beautiful wife Ania Krause and my whole family for their faith, hope and love.

Thanks for exceptional moments in each of the races: running together with Domi at Połonina Caryńska during Bieg Rzeźnika; dawn at Góry Bardzkie during K-B-L race with Michał Matląg; freaking out together with Monika Bilnik before the start of Chudy Wawrzyniec; these couple of words from my dad in Wierchomla, during Bieg 7 Dolin.

Thanks to my partners: bieganie.pl, the North Face and Julbo.

Thanks to all my friends for every kind of support.

Thanks to Timmy Olson and Rob Krar, for the inspiration and the example of how trail ultrarunning shapes one's character.

Thanks to God who created the mountains and allowed me to run in them.

środa, 3 września 2014

TNF Ultra Trail w obiektywie

Cześć!

W miniony weekend wybrałem się z Michałem - fotografem/filmowcem - na rekonesans kilku miejsc w Poznaniu i okolicach, które mogłyby posłużyć za tło do powstającego filmu. 

Minie jeszcze sporo czasu zanim będę mógł się podzielić efektami naszej pracy, ale już teraz chciałbym pokazać wam pierwsze jej rezultaty.

Autorem wszystkich materiałów jest Michał Bartkowiak.





Nie ukrywam, że nie mogę się doczekać kolejnych zdjęć! Na koniec zapraszam do obejrzenia króciutkiego filmiku. Niestety podczas przesyłania na yt jakość spadła, ale "klimat" można poczuć.  Czy ktoś zgadnie, gdzie został nakręcony? Może nawet znajdzie się jakaś nagroda...



Szczęśliwych szlaków!

poniedziałek, 1 września 2014

Post gościnny + zapowiedź relacji

Dzisiaj gościem na blogu jest moja własna żona Ania ;) która napisze kilka zdań o swoich butach trailowych. W domu panuje atmosfera niecierpliwości, ekscytacji... zeby nie powiedziec histerii. Do Biegu 7 Dolin zostało zaledwie 5 dni... Nic dziwnego, że mamy na głowie sprzęt, rozkład podróży, zaprowiantowanie, przebiegi trasy...

Moja relacja z Chudego Wawrzyńca ukaże się w nietypowej formie, o której jeszcze nic nie mogę powiedzieć, chociaż bardzo bym chciał... Na razie jedynie krótka zajawka:

17:00
Ostatnie kilometry. Pada bateria w zegarku. Kończy mi się jedzenie i picie. Wszystko się kończy… Ból i wysiłek również. Czekam na zakręt w lewo, który sprowadzi mnie ze szlaku na ostatnie dwa kilometry do Ujsołów. Uwielbiam ten fragment poprowadzony leśną ścieżką przez krzaczory, a potem przecinką przez łąkę pośród traw do pasa. Na krótką chwilę przed zakrętem słyszę głosy za plecami – no cóż, inni zachowali więcej sił na zbiegi. Nagle coś we mnie pęka. Jakiś chochlik przecina srebrnymi nożyczkami połączenie nerwowe w mózgu i kompletnie mi odbija. „A takiego wała!” – krzyczy w mojej głowie.
Puszczam się w dół ścieżki na złamanie karku. Nie dam się dogonić, o nie! Ból znika, zmęczenie odchodzi. Jest zew natury, zwierzęcy instynkt. Uciec! Biec, żeby przetrwać. Szybciej!

Wpadam na pola, łąki, mknę jak szalony. Nie dbam o nierówności, które wykręcają moje kostki tak, że stawy aż trzeszczą, naprężone do granic możliwości. W dole widzę pierwsze zabudowania miasteczka i dwóch chłopaków z obsługi biegu. Klaszczą i krzyczą – to na moją cześć! Szybciej! 

A teraz już oddaję głos Ani:



- Pamiętasz, jak mówiłaś, że chcesz ze mną biegać w górach?
W myślach szukam wspomnienia, w którym nierozważnie mogłam wypowiedzieć takie słowa... Zapewne był to grzecznościowy zwrot po powrocie Kuby z któregoś górskiego ultra. Coś w stylu: „Ale Ci zazdroszczę. Może kiedyś z Tobą wystartuję?”
- Yyyy, noooo. I co?
- No to będziesz miała okazję. Zapisałem nas na start w Krynicy.
W ten sposób, tym jednym zdaniem, mój mąż rozpoczął moją biegową przygodę z górami.
Wyciagam z szafy swoje buty biegowe i jak na prawdziwą kobietę przystało, stwierdzam, że nie mam co na siebie włożyć. Kilka par, od tradycyjnych żelazek po lekkie, bez jakiejkolwiek amortyzacji. Nic, co sprawdziłoby się na górskim szlaku.

Prawdziwa miłość rozumie się bez słów i po kilku tygodniach na moim biurku pojawiła się tajemnicza przesyłka: nowiutkie, fioletowe Inov8 Trailroc 246. Buty, w których, dzięki uprzejmości sklepu napieraj.pl oraz firmy Inov8, pobiegnę w Biegu Górskim na dystansie 36 km.

Kilka treningów w terenie i pierwszy ostry test przed Krynicą – Pierwsza Wieczorna Marcelińska Dycha z zamiarem poprawienia życiówki.  Trasa leśna, nierówna, miejscami piaszczysta, ale płaska. Jestem przyzwyczajona raczej do lekkich butów, a mino to, w Inov8 biegło mi się wyśmienicie. Pierwsze wrażenia bardzo pozytywne. Zapewniły doskonałą ochronę przed kamieniami i korzeniami i jednocześnie świetnie wspierały w głębszym piachu. Okazały się wystarczająco elastyczne, by stopa mogła swobodnie pracować, nie walcząc ze sztywnością buta. W sensie dosłownym, Inov8 pomogły mi osiagnąć zamierzony cel i poprawic życiówkę o kilka minut. Kiedy rywale obiegali błoto poboczem, ja wyprzedzałam ich środkiem ścieżki. Ani jednego poślizgu J Misja zakończona sukcesem!

Na mecie przyjaciółka komentuje swój bieg:
- O rany, ale mam brudne buty.
Ja spoglądam na moje i ze zdziwieniem stwierdzam, że trasa nie pozostawiła na nich najmniejszego śladu. Nie były nawet zakurzone. A trzeba przyznać, że jak na buty trailowe, większe i grubsze od takich tradycyjnych, wyglądają naprawdę dobrze i zgrabnie. I są w przepięknym, fioletowym kolorze.  

A teraz czekają na swój górski debiut. Już w najbliższą sobotę.