Pamiętam żarty Tomka. Jak przed i po kolejnych GP darł ze
mnie łacha, że znowu nie złamałem 20 minut. Było w tym jednak tak wiele
serdeczności, że nie byłem na niego ani trochę zły.
Złojenie mu dupy na piątkę albo dychę było jednym z moich małych
biegowych marzeń. Każdy z nas ma podobne pochowane gdzieś po kątach. Kiedy na
treningu pobiegłem piątkę poniżej 20 minut, jedną z pierwszych myśli było: „Pochwalę
się Tomkowi, jak go spotkam.”
Już go nie spotkam i nigdy nie złoję mu dupy. Tomek miał
wczoraj na treningu zawał.
Każda śmierć jest straszna. Nie byliśmy z Tomkiem przyjaciółmi
i nie chcę sobie uzurpować prawa do szczególnej żałoby po nim. Ta śmierć jest jednak
jedną z tych, które tak trudno przyjąć. Tomek czerpał z życia pełnymi garściami
i choć miał bardzo pod górę, walczył o każdy kolejny dzień i rok. Kibicowałem
mu mocno, kiedy szykował się do łamania trójki w maratonie.
Kiedy biegaliśmy razem, uwielbiałem słuchać jego opowieści –
o biegach na orientację, o imprezach… Łączyło mnie z Tomkiem upodobanie zielonego
koloru, nawzajem zazdrościliśmy sobie zielonych ciuchów i butów. Kiedy podczas
wspólnych, grupowych wybiegań „na Strzeszynek” Tomek w drodze powrotnej odbijał
do siebie, zabierał ze sobą sporo śmiechu.
Pamiętam jedno z ostatnich naszych spotkań, na mecie Chudego
Wawrzyńca. Kiedy powiedziałem Tomkowi, jaki czas uzyskałem, spodziewałem się
kolejnego żartu. On jednak kiwnął głową z uznaniem i to był dla mnie równie
wielki powód do dumy, jak sam rezultat.
Mam nadzieję, że nigdy nie zapomnę tego wszystkiego. Jeżeli
kiedykolwiek złamię trójkę w maratonie, na mecie będę myślał o Tomku.
Ostatnie dwa miesiące upływają pod znakiem przesiadywania wieczorami i weekendami nad tłumaczeniem. Ba! PRZEKŁADEM...
Zostałem Panem przekładaczem, jednocześnie dotychczasowa praca jakoś nie chce się sama wykonać, w rezultacie czego mniej biegam i więcej jem...
Przepraszam, jadłem. Od 1 lutego jestem na diecie, do tego nie byle jakiej: low-carb. W tak zwanym "międzyczasie" na wadze pojawiło się więcej mnie, niż potrzebuję. 1 lutego było 79 kg. Dość!
Od tygodnia obcinam węglowodany, gdzie tylko mogę. Są nawet pierwsze sukcesy: wahania nastroju znacznei się zmniejszyły, ruszyła też waga. Dziś wskazała 77 kg i nawet jeśli połowa z tego to utracona woda, to jest ruch w dobrym kierunku.
Ponieważ przez przeklad i dolegliwości z pasmem biodrowo-piszczelowym biegam mniej, niż bym chciał, skupiam się na diecie i głównie o tym pewnie będą wpisy przez najbliższe tygodnie.
to śmieszne, że między 20:50 a 20:30 jest dwadzieścia sekund różnicy, a między 20:10 a 19:50 ze dwieście. pokonanie jakiegoś progu daje spokój wewnętrzny ale również głód zaliczenia kolejnego. snuje się plany i rozpisuje życie na poszczególne treningi. tymczasem rzeczywistość skrzeczy i ustawia nas do pionu, albo sprowadza do poziomu, zależnie od układu odniesienia.
od miesiąca w moim życiu układem odniesienia jest tłumaczenie. och, nie! PRZEKŁAD. w każdej wolnej chwili w domu zakładam strój PRZEKŁADACZA i przekładam. tu strona, tam dwie, i pliki (niestety, tylko wirtualne) rosną. rośnie również brzuch i poczucie winy względem IDEALNEGO MNIE, który z tłuszczowej głębi woła: stary, umawialiśmy się, że na lato 2014 masz mnie pokazać światu! no cóż, może jeszcze wystarczy czasu...
tymczasem minęły święta, znów zaczęło przybywać dnia a na ścianie zawisł nowy kalendarz, pełen czystych kartek. życzę sobie i jednocześnie postanawiam, że zapiszę je ładnymi, polskimi zdaniami, pięknymi w formie i bogatymi w treść.
Co rok ta sama heca – jakby powiedział Sid Leniwiec.
Przychodzi jesień a wraz z nią jesienne przesilenie. Liśćmi z drzew opada mój
entuzjazm. Wiadomości radiowe sprzed kilku dni uświadomiły mi, że tatrzańskie
świstaki ułożyły się już do snu zimowego. Mam ochotę zrobić to samo.
Często mam wrażenie, że w moim ciele ukryte są baterie
słoneczne. Duża ilość światła daje mi siłę i radość, rozjaśnia umysł i leczy
choroby ciała. Kiedy natomiast dni stają się krótsze, zziębnięte słońce
przykrywa się kołdrą chmur a kolory uciekają na skrzydłach ptaków do ciepłych
krajów, gdzieś w środku pojawia się narastająca potrzeba zagrzebania się w
jakiejś norze i pozostania tam do wiosny.
Zmieniają się upodobania żywieniowe: duży kubek ciepłej kawy
i pół kilo Michałków jawią się jako idealne śniadanie… Obiad i kolacja zresztą
też. Ranne wstawanie gdy ciemno na dworze jest walką na śmierć i życie.
Stosunek do świata również się zmienia: trzymam innych na większy dystans,
mniej się uśmiecham, zamiast pośród ludzi wolę przebywać w towarzystwie własnym
i moich najbliższych.
Zmienia się wszystko, nawet sposób w jaki myślę i w jaki
formułuję myśli w języku. Staję się poetycki i wielokrotnie złożony. Żeby to chociaż
była dobra poezja… No cóż, różni ludzie mają różne talenty, może kiedyś odkryję
swoje.
W każdym razie, by poradzić sobie z niekomfortową sytuacją,
przychodzi konieczność poczynienia jakichś zmian, określenia się po którejś
stronie. Ano właśnie, strony są dwie. Jak w animowanej bajce jawią się jako dwa
chochliki, które puff! pojawiają się nad ramieniem i szepczą do ucha. Wzajemnie
przekomarzają się i walczą o moją uwagę.
Pora ich przedstawić.
Pierwszy z naszych bohaterów to Kosiaputka. Imię pochodzi od
mojej starszej córki Emilki, która, demonstrując cudny przykład substytucji
głoskowej, ukuła to imię ze słów Kotka Pusia. Kosiaputka jest rzecz jasna
kotkiem, w dobie internetów chciałoby się rzecz kotałkiem. Cudnym kociakiem,
mięciutkim jak kołderka i poduszka. Uwielbia wygrzewać się w ciepełku, objadać
się wieczorami i oglądać romantyczne komedie. Dźwięk nazwisk takich jak Meg
Ryan czy Hugh Grant powoduje głośne mruczenie, silnik Diesla 1,4. Niewielki ale
ekonomiczny, po odpaleniu i zatankowaniu lodami tiramisu może jechać aż do
wiosny.
Kosiaputka lubi deszcz. Uwielbia go obserwować siedząc na
parapecie okna i sącząc kakao z niemal litrowego kubka. Kosiaputka lubi zimno i
wiatr, im silniejsze, tym milej jest jej się opatulić w kocyk i szczerze
współczuć wszystkim tym, którzy szczękają zębami na dworze podczas gdy ona grzeje
się żarem piekarnika, w którym dochodzą bananowe muffinki lub czekoladowe
fondanty. Taka już jest –jak poprzednie zdanie – wielokrotnie złożona.
Kosiaputka demonstruje swoje hedonistyczne usposobienie,
lekceważąc moje plany treningowe. Zasypia na książce Kiliana, nie pozwalając mi
czerpać z niej motywacji. Podrze papierowe Bieganie z planem na złamanie
trójki. Bawi się rękawiczkami i gubi je w zakamarkach mieszkania, do których
nie dotarłem jeszcze nigdy, nawet odkurzaczem. Przy tym wszystkim jest
niebywale wręcz urocza i przekonująca – aż chce się ją wziąć na kolana na
dwugodzinne wygłaskanie. Przy Joshu Grobanie.
Gdy resztkami zmaltretowanej przez kotałka woli zbieram się
do wyjścia patrzy na mnie drwiąco jakby mówiła: „to co tam dzisiaj biegasz? Interwały? I myślisz, że nie wysiądziesz w
połowie trzeciego? Hm…” Chochlik ten brzydzi się wysiłkiem, potem i
zmęczeniem. Zostawia je psom, którymi, mówiąc bez ogródek, gardzi. Gdyby jej
pogarda miała fizyczną postać, byłaby tak ciężka, że wessałaby każdą czarną
dziurę. Tak też i ja ciążę w kierunku Kosiaputki, patrząc w jej oczy a w tle
słychać: Hathor, hathor, hathor…
Z dźwiękiem gromu, pośród błyskawic nad drugim ramieniem
pojawia się adwersarz Kosiaputki: Bjorn. Bjorn jest wikingiem – ma hełm z
rogami, brodę, topór i tubalny śmiech. Nie boi się niczego i nikogo… No, może
poza Thorem i własną żoną, Anną Marią; na marginesie, niekoniecznie w tej
kolejności. Bjorn jest 100% facetem, kipiącym testosteronem i witalną siłą. Lubi biegać i skakać, na skręcenie karku, rzecz jasna
cudzego. Wyraża się zwięźle i jasno: rusz tyłek. Nie zawracaj głowy. Weź się w
garść. Idź biegać. Co? Oczywiście, że w kolczudze. Nie masz? Idź nago.
Słucha heavy metalu i ciągle okupuje Playstation. Na
szczęście gra swoim padem – wykutym własnoręcznie w kuźni. Lubi zwierzęta,
najbardziej te dobrze wypieczone. Jest świetnym kompanem ale też wymagającym:
lenistwo, pobłażanie sobie, obniżanie poprzeczki działa na niego jak płachta na
byka. On nie szepcze do ucha – on wali w nie obuchem topora i wrzeszczy jakby
przekrzykiwał morski sztorm.
Miałem napisane jeszcze cztery akapity o Bjornie, który
wbrew pozorom nie jest prostakiem i można o nim rozmawiać godzinami… Skasował
je w okamgnieniu, kiedy zerknąłem by spojrzeć jak się skończy „Starcie tytanów”
w TV – oczywiście on wybierał program. No cóż, Bjorn jaki jest każdy widzi.
Każdej jesieni oba chochliki atakują mnie bezlitośnie. Dla
zachowania zmysłów i zdrowia psychicznego muszę któregoś wybrać. Wychodzę na
trening.
Biegnę do lasu. Kosiaputka, choć nie lubi zmęczenia, jest w
stanie zaakceptować spokojne wybiegania, szczególnie te długie i bez celu. Czy
to jej ulegnę? W lesie cisza, chyba chłód wypłoszył innych biegaczy.
Przypominam sobie, jak w tym samym lesie jednej zimy kilka saren przebiegło mi
drogę tak blisko, że niemal mogłem usłyszeć ich przyspieszony oddech. Potem
biegły ze mną kilkaset metrów by jeszcze raz przebiec przez drogę i zniknąć w
lesie. Przyspieszam. Serce również. Bije mocno, tłocząc życie w moje żyły. Nie
biegnę szybko – nie potrafię. Biegnę z całych sił. Pod stopami chrzęszczą
liście. Skręcam w mniej uczęszczaną ścieżkę. Nie słyszę odgłosów miasta, staję
się jednym z otaczającą mnie przyrodą. Zbliżenie jest tak namacalne, intymne.
Taa…
Stopa zawadza o korzeń, tracę równowagę i wykładam się jak
długi. W zębach smak ziemi, boli stłuczone biodro, pieką otarte dłonie. Serce
wali jak szalone. Mózg płonie ze wstydu ale nie od dziś wiadomo, że nie jest on
najlepiej funkcjonującym organem mojego ciała; po chwili zresztą uspokaja się,
jako że nie ma świadków mojego upadku.
A jednak. Jeden jest.
Sarna stoi pośród zarośli. Nie mam pojęcia dlaczego nie
ucieka. Patrzy na mnie dziwnie. Spodziewam się, ze zaraz pojawi się tajemnicza
postać, która rzeknie:
Ja jestem Hern
Myśliwy, a ty jesteś liściem niesionym przez wiatr.
Nic takiego się nie dzieje. Sarna unosi nieco łeb, po czym
mówi:
Co ty robisz z nosem w
ziemi chłopcze? Szukasz grzybów?
Wiem już kogo posłucham. Wracam do domu. Od progu witam
Bjorna słowami: Masz ochotę na pasztet z
kota?
Kosiaputka nie docenia przedniego żartu ale wie dokładnie co
on oznacza. Prycha wzgardliwie i prężąc grzbiet odchodzi niespiesznie by skryć
się w jakimś zakamarku. Tam będzie czekać na kolejną szansę. I tylko czasem,
gdy obudzę się w nocy, w nogach łóżka zobaczę jak dwa małe błyszczące punkciki
wpatrują się we mnie, odbijając światło księżyca…
Teraz jednak myślę o czym innym. Bjorn, choć mówiłem mu
tysiąc razy by tego nie robił, rzuca sztangę na ziemię z szelmowskim uśmiechem.
Świetnie, sąsiadka z dołu pomyśli, że Niemcy znowu atakują. Rozumiemy się bez
słów. Po skończonym treningu czas na odpoczynek. Bjorn podaje mi z lodówki
Fortunę i mówi, że zaraz będzie pizza. Jak znam życie, Rzeźnicka.
Ulewny deszcz wściekle siekący dach i potężne grzmoty wywracające wnętrzności na lewą stronę niczym basy w aucie stuningowanym w warsztacie jakiegoś czarta nie dawały zbyt wiele nadziei. Leżałem opatulony śpiworem pośrodku nocy odliczając bezsenne minuty do startu Chudego Wawrzyńca. Nie wiem co bardziej przeszkadzało mi spać – pandemonium za oknem czy to w mikroskali, w mojej głowie. Burza i myśli uspokoiły się w końcu. Stojąc na rynku w Rajczy wiedziałem, że nie będzie łatwo. Umysł szukał otuchy i pocieszenia. Jedna z myśli brzmiała: „przynajmniej będzie porządny test dla butów”. I tak właśnie było – Inov8 Mudclaw 265 przetestowałem dość solidnie a ostatni sprawdzian miał miejsce na 85km szlaków Beskidu Żywieckiego.
buty mogłem testować dzięki uprzejmości Krzyśka Dołęgowskiego i firmy Inov8
Kilka kilogramów błota wcześniej wyjąłem dziewicze jeszcze buty z pudełka, pierwsza myśl – hardkor. To nie jest hybryda do wszystkiego, to nie jest popularne obecnie obuwie door-to-trail. Prawie centymetrowe zęby szczerzyły się do mnie w grymasie, który tylko połowicznie przypominał uśmiech. Całe szczęście, że są gumowe, inaczej można byłoby się przestraszyć.
Ze mną można tylko pójść na wrzosowisko. I zapomnieć wszystko. Przyjrzyjmy się temu co o Szponach mówi producent. Ilość amortyzacji – jedna strzałka, co oznacza, że należą do grupy najmniej amortyzowanych butów w ofercie Inov8. Po założeniu na stopę czuć, że jest dość twardo. Piszę „dość” ponieważ na co dzień biegam prawie wyłącznie w mało amortyzowanych butach i pod tym względem Mudclaw nie robi na mnie wrażenia. Nie jest to twarda deska bez jakiejkolwiek amortyzacji ale z drugiej strony jest jej po prostu niewiele. Dalej: kopyto, na którym wykonano but to ‘Precision Last’ – jak głosi opis, but przylega ściśle do stopy, poprawiając kontrolę w trudnym terenie. Faktycznie, but jest dość wąski jak na moje gusta, ja lubię mieć mnóstwo miejsca z przodu. Na szczęście nie jest płytki i moja grubaśna stopa dobrze się mieści, choć należy zaznaczyć, że wziąłem buty o 0,5cm większe niż zazwyczaj, myśląc o czekających mnie długich godzinach zmagań w górach. Co ciekawe, podeszwa ma zaledwie 9mm grubości pod piętą i 6mm pod śródstopiem, co daje niewielki spadek 3mm. Wydaje się grubsza ale dzieje się tak za sprawą potężnych 8mm zębów bieżnika, o których więcej w dalszej części. Cholewka – wykonana z mocnego materiału pokrytego powłoką DWR. But dedykowany jest na bezdroża, w trudny teren o grząskim bądź luźnym podłożu.
Powyższa krótka charakterystyka daje pojęcie o istocie Mudclawa – zgodnie ze swym mianem, ma wbijać się, wgryzać w podłoże, w myśl brytyjskiego „fell running”.
Jako, że w Poznaniu zbyt wiele rozległych wrzosowisk i wzniesień nie uświadczy się a buty dostałem na tydzień przed planowanym wyjazdem, pierwsze próby ze Szponami odbywały się w malowniczych okolicznościach przyrody Gór Stołowych.
Bring your daughter to the slaughter…
Po wyjęciu Inov8 z pudełka zwlekałem chwilę zanim je przymierzyłem. Czułem się trochę jak kierowca, który na co dzień jeździ małym autem a teraz ma wsiąść do czołgu. Jak to będzie? Pierwsze wrażenia pochodzą z oczu i rąk: widać i czuć od razu, że buty są bardzo, bardzo solidne. Albo inaczej: ma się wrażenie, że producent wyobraził sobie, co głupiego może biegaczowi przyjść do głowy podczas biegu i zabezpieczył but na każdą taką okoliczność: materiał cholewki wygląda tak, jakby był pomyślany do biegania maratonu po krzakach. Gumowy otok palców pozwala na grę w piłkę kamieniami różnej wielkości a jeśli chciałbyś pobawić się w ochlapywanie przechodniów wodą z kałuży, do wysokości 3cm but nie powinien w ogóle przepuścić wody. Oczywiście tym jednak, co najbardziej rzuca się w oczy, są gumowe zęby do zjadania nieprzyjaznego terenu.
Cała ta konstrukcja musi nieco ważyć – w moim rozmiarze (44) jest to ok. 280g. Dużo w porównaniu z innymi moimi butami, żadne z nich jednak nie chronią w terenie w połowie tak dobrze jak Mudclawy. Jak już wspominałem, mają 3mm dropu. Wkładka jest na tyle cienka, że nie zastanawiałem się nad jej wyjmowaniem. But mimo sporej ilości gumy w podeszwie jest elastyczny jako że podeszwa nie jest gruba. Zapiętek jest miękki, brak jest usztywnień, kontroli pronacji i innych tego typu pomysłów. Posiada więc większość z cech obuwia do „naturalnego biegania”, jednocześnie dając dużą ochronę.
Pierwsze próby w terenie przeprowadzone zostały nad morzem. Potruchtałem razem z Anią trochę po łąkach, trochę po drogach gruntowych, trochę po jakimś gruzie, trochę po piasku i wreszcie po asfalcie. Bieganie po asfalcie nie należy do przyjemnych doznań. Kołki są grube i wysokie, ma się wrażenie biegania na szczotce. Dodatkowo gumowe słupki uginają się nieco i odchylają, co daje poczucie niestabilności. Ponieważ, rzecz jasna, nie zagłębiają się w twardym podłożu, podeszwa zdaje się grubsza o długość kołków bieżnika, stopa jest o tle dalej od podłoża. Wszystko razem sprawia nieprzyjemne wrażenie.
Sytuacja diametralnie zmienia się gdy podłoże jest miękkie bądź sypkie. Zęby zagłębiają się w teren, stopa zbliża się do podłoża, trakcja jest genialna, stabilność jest bez najmniejszego zarzutu. But staje się wygodniejszy, dynamiczny, jakby wstępowało w niego życie, jakby drapieżnik budził się do życia czując materię organiczną w zębach…
Pierwszym konkretnym sprawdzianem był jednak Maraton Gór Stołowych. Wszystkie zalety (oraz wady) Inov8 ujawniły się ze zmultiplikowaną mocą: przyczepność na śliskich zbiegach była genialna, żadnych uślizgów, poczucie absolutnego bezpieczeństwa. Palce świetnie chronione, nie miały co prawda tyle miejsca jak w innych moich butach – lubię jak mają zupełną swobodę – ale wystarczająco by móc pracować i by nie było z nimi żadnych problemów – otarć, pęcherzy, odcisków itd. Stopa dobrze trzymana przez cholewkę nie przesuwała się, nawet podczas szybkich zbiegów. W podejściach but również zachowywał się bardzo dobrze, generalnie tym lepiej im bardziej wymagające było podłoże. Podeszwa – dość cienka ale jednocześnie w całości pokryta gumą, dawała dobrą ochronę przed nierównościami, ostrymi kamieniami; dość powiedzieć, że nierówności czułem ale nie powodowały one bólu, po biegu również stopy nie były mocno zmęczone przez nierówności terenu. Odcinki asfaltowe dało się pokonać sprawnie, choć czuć było, że te buty po prostu nie są do tego. Jedynym odczuwalnym minusem były zbiegi po większych kamieniach, w takiej sytuacji potrzebna jest większa powierzchnia styku podeszwy z podłożem oraz wrażenie większej jego bliskości. To była jedyna sytuacja, w której w Mudclawach nie czułem się bezpiecznie, biegłem zachowawczo i z wyraźnym uczuciem dyskomfortu.
Po powrocie z Kotliny Kłodzkiej dalej przygotowywałem się do najważniejszego startu w sezonie – Chudego Wawrzyńca a czyniłem to również na podpoznańskiej Górze Dziewiczej. W leśnych, błotnistych warunkach buty sprawdziły się znakomicie i bardzo je polubiłem.
Zabierając je w Beskidy czułem, że mam w nich świetnego sprzymierzeńca.
Mam kły, mam pazury
Świt w Beskidach. Pierwsze asfaltowe kilometry za mną, teraz wilgotny, mglisty poranek i jeszcze 80km przede mną. Podbieg, błoto, kamyki, trawa, rosa, zbieg, mokro, skok przez kałużę, dłonie na uda i marsz pod górę, potem znowu zbieg, i tak w kółko przez kilkanaście godzin. Dostałem to co chciałem. Drewniane łydki, uda z gumy, żołądek niezdolny przyswajać jedzenie, i stopy gotowe same się odrąbać. Tak było trzeba, dzięki Mudclawom udało się chociaż zminimalizować straty.
Przez bite pół doby przyczepność była znakomita. Nawet na najgorszych podejściach pod Świtkową i Oszusa nie wywaliłem się, o co było naprawdę nietrudno. W głębokim błocie Mudclawy trzymały moje nerwy na wodzy podczas gdy innym wokoło puszczały wraz z utraconą trakcją. Na zbiegach mogłem spokojnie puścić nogi tam gdzie byłem w stanie. Kamienie, korzenie, nierówności nie sprawiały problemów. Czucie podłoża było zachowane ale przefiltrowane przez podeszwę tak że nie musiałem zwalniać przez ból stóp. Pomimo wilgoci i deszczu do wnętrza buta woda się nie dostała. Palce ani razu nie odczuły kontaktu z kamieniami dzięki ochronnemu otokowi. Stopa nie przegrzała się. Im było trudniej tym bardziej buty mi pomagały i jeżeli ktoś w tym duecie siał czasami wiochę, był to biegacz.
Przez ostatnie godziny wolałem nie spoglądać na buty i nie zastanawiać się co się dzieje. Pochłaniało mnie to by w jednym kawałku dotrzeć do mety. Tym większe było moje zdziwienie gdy obejrzałem buty na mecie, zastanawiając się czy jeżeli na nie zwymiotuję, zrobi im to różnicę. Z pewnością bym je tym obraził, szczególnie, że to co mnie prawie zniszczyło na Mudclawach nie wywarło specjalnego wrażenia. Wydawało mi się, że przynajmniej kilka zębów wybiłem na kamieniach, tymczasem nie brakowało ani jednego. Spodziewałem się śladów walki cholewki z otoczeniem – nic. No cóż, wyglądały lepiej niż nowe, pomimo brudu.
Być może nie jest to zbyt fachowe porównanie ale jeśli byłbym RIncewindem, Inov8 Mudclaw byłyby moim Bagażem.
A teraz do rzeczy:
To nie są buty, które chronią właściciela tak jak większość dostępnych na rynku modeli: pluszową amortyzacją, sztywnością podeszwy, wzmocnieniami cholewki itd. Pomagają przetrwać ciężkie warunki stawiając warunki nie mniej wymagające: trzeba mieć silny aparat ruchu, radzić sobie z niewielkim dropem i małą amortyzacją. Nie skontrolują pronacji, nie zaparzą też kawy, obronią jednak gdy podczas karkołomnego zbiegu traficie na perfidnie ostry kamień albo szukając szlaku wlecicie w kolczaste zarośla. Przede wszystkim jednak będą ryć glebę jak dziki dając najlepszą możliwą trakcję w trudnym terenie. Wytrzymają wiele albo jeszcze więcej. Jeżeli asfaltowych przelotów lub równych dużych kamieni będzie więcej niż kilkanaście procent, wybrałbym inne obuwie. Im bardziej mokro, grząsko i paskudnie, tym lepiej się sprawdzą.
Z niecierpliwością oczekuję zimy – w śniegu powinny dawać świetnie radę. Kołki bieżnika są wysokie i rzadko rozstawione – błoto tego nie zalepia, śnieg również nie będzie.
Na koniec – wtręt osobisty. Jestem z natury tchórzem. Wybieram to co znajome i bezpieczne. Schodzę z drogi pijanemu towarzystwu, nie mieszam alkoholi, nie puszczam fajerwerków w Sylwestra. Kiedy jednak na nogi zakładam Mudclawy, słyszę w uszach Ozzy’ego i budzi się we mnie zwierz.
W języku angielskim jest takie wyrażenie: "set in stone", na określenie czegoś, co jest silnie utrwalone, niepodważalne, zdolne oprzeć się zmianie, czasowi, wpływowi innych...
"Zawsze szczerze powtarzam, że maratonu nie lubię, boje się go, stale ogarnia mnie przed startem lęk i niepokój. Ale staram się wierzyć, że tym razem nie będzie bolało, a jednak boli tak samo mocno! Zawsze walczę sama z sobą, z nikim innym, tylko z sobą i czasem. Nie liczą się rywalki i nagrody. Podczas maratonu jestem tylko ja i biegnący ze mną czas."
Tak mówi w wywiadzie dla bieganie.pl Karolina Jarzyńska. Słowa te każdy może odnieść do siebie, nawet jeśli biegamy dwa razy wolniej...
Od Karoliny możemy uczyć się nie tylko poświecenia i wytrwałości ale przede wszystkim trzeźwego osądu rzeczywistości - tak długo jak nasze bieganie będzie walką z innymi, na zawodach i poza nimi, nigdy nie osiągniemy szczęścia i satysfakcji, bo zawsze będzie ktoś lepszy. Jeżeli jednak zmierzymy się z sobą i własnymi słabościami i walkę wygramy - tego zwycięstwa nikt nigdy nam nie odbierze.
Będzie utrwalone w kamieniu.
cały wywiad możecie przeczytać tutaj:
http://bieganie.pl/?show=1&cat=34&id=5926
O tym, jak łatwo wątpliwości same sieją się w sercu przekonałem się ostatnio kiedy swoje zmagania na trasie maratonu w Poznaniu opisałem na blogu na forum bieganie.pl. Prowadzę bloga od czterech lat, mam grono znajomych, których biegowe poczynania śledzę czerpiąc inspirację dla siebie. Wzajemnie komentujemy swoje wpisy, motywujemy się, wspieramy. Tymczasem mój post post-maratoński nie doczekał się ani jednego komentarza. Nie ukrywam, ze w mojej głowie postała myśl: "chyba w tym co zrobiłem nie było nic ciekawego i wartościowego". I choć myśl ta szybko znikła, pozostała refleksja, że szukanie akcpetacji i dowartościowania przez innych poprzez bieganie jest ślepym zaułkiem, że z definicji długodystansowiec jest samotnikiem i jeśli poza samym sobą akceptacji nie znajdzie, będzie nieszcześliwy.
W wakacje 2009 byliśmy z Anią w Hiszpanii. W owym czasie
(cóż za piękny, biblijny zwrot) nasza przyjaciółka Agi mieszkała i pracowała w
Barcelonie, mieliśmy więc gdzie się zatrzymać. Była to pierwsza nasza wspólna
podróż zagraniczna (i jak dotąd ostatnia – dzięki dzieciaki!), same
przygotowania były wielka przygodą. Przygoda miała być tym większa, że po raz
pierwszy w życiu mieliśmy lecieć samolotem.
Start nie był zbyt przyjemnym doznaniem. Przeciążenia,
dziwne uczucie gdy nabieraliśmy wysokości, klaustrofobiczne wrażenie zamknięcia
w stalowej puszce zawieszonej gdzieś nad ziemią… Z drugiej strony niesamowite
widokimiast, rzek, oglądanych z lotu
mechanicznego ptaka. Nie to jednak było największym przeżyciem dla mnie.
W pewnym momencie gęsto tkany dywan chmur przesłonił
krajobraz poniżej. Nie widać było nic poza oceanem różnych odcieni bieli. Ponad
nami zaś – czyste niebo. Na oceanie błękitu zawieszona świetlista kula,
rozpalona do białości. Gdy popatrzeć wysoko w górę – błękit przechodzi w
granat, tam gdzieś jest kosmos. Niewiarygodne jaki świat jest wielki, że
wszędzie jest bezchmurne niebo – wystarczy wzbić się odpowiednio wysoko, ponad
chmury. Rzecz nie do pomyślenia kiedy jest się tam na dole, kiedy ciężki sufit
szarości przygniata człowieka i wgniata w tego samego koloru ziemię (określenie
mylące, pod nogami w mieście ma się przecież betonowo - kamienną masę).
Każdy przecież choć raz widział bezchmurne niebo i wie, że
chmury nie pożerają słońca. Jednakże często mam wrażenie, że jest inaczej.
Niedawno miałem wątpliwą przyjemność oglądać sesję
fotograficzną zatytułowaną FULLBEAUTY. Bez wdawania się w szczegóły,
artystyczne zdjęcia chorobliwie otyłych roznegliżowanych kobiet opatrzone są
takim oto płaszczykiem: fotograf przedstawia kobiety powszechnie uważane za
otyłe chcąc pokazać pełnię ich piękna i przeciwstawić się jednocześnie
kulturowym stereotypom tego, co piękne, dyktatowi mediów kreujących nierealne
ideały kobiecości.
Pod pozorem akceptacji kobiecości i przełamywania
stereotypów dzieje się jednak coś moim zdaniem bardzo niebezpiecznego i
znamiennego. Obok kreacji stricte artystycznej tworzy się nową rzeczywistość, w
której patologia jest nazywana pięknem, a określenie czarnego białym – łamaniem
stereotypów i narzuconego (przez media, społeczeństwo, system, w gruncie rzeczy
nieważne kogo) dyktatu. W całej sytuacji najbardziej pokrzywdzone są moim
zdaniem owe biedne kobiety, które nie mogąc zaakceptować swojego ciała szukają
ratunku na zewnątrz. Niestety zamiast realnej pomocy dostają ułudę na zasadzie:
zaakceptuj siebie taką jaką jesteś.
To z kolei pokazuje ogólną właściwość naszych czasów:
obniżenie wymagań, przede wszystkim tych, które stawiamy wobec samych siebie.
Wystarczy uznać, że jestem inny, ba, zgoła wyjątkowy – i już mogę sam tworzyć
wartości, ustawiać sobie odpowiednio poprzeczkę, wyznaczać cele – wszystko
skrojone na własną miarę, dobrane tak bym na pewno temu sprostał.
Kim jesteś? – jesteś zwycięzcą!
W gronie swoich znajomych mam kilka osób, które podejmują
różnego rodzaju aktywności fizyczne. Reakcje otoczenia można obserwować przez
ruch np. na facebooku. Wycieczka rowerowa, trucht po parku, weekend w górach –
wydarzenia te ewidencjonowane są na społecznościowym portalu, okraszone
zdjęciami i linkami do aplikacji mierzących czas, dystans, tempo i wszelkie
inne parametry. Wpisy zyskują tzw. lajki oraz komentarze. Nieraz już ego srogo
cierpiało – jak to jest, że moje wybieganie 50km zbiera mniej pochwał niż
godzinny jogging? Dlaczego górskie ultra nie spotyka się z falą zachwytu skoro
zdobycie byle górki wywołuje lawinę ochów i achów? Ach, okrutny losie!
Dr Marek od teatru zwykł opowiadać nam o warsztacie
aktorskim. Opowiadał w jaki sposób aktor wzbudza w sobie silne emocje i np.
naprawdę płacze na scenie. Załóżmy, że jestem wrażliwym facetem i oglądam w
telewizji melodramat. Ze współczuciem obserwuję, jak on ją kocha a ona to
lekceważy. Jest mi szczerze przykro i serce me przepełnia współczucie. Jednakże
dopiero gdy wyobrażę sobie, że to JA i że to MNIE się przytrafia, kieruję kroki
w stronę w stronę lodówko-zamrażarki,z
przepastnych czeluści której dobywam kubełka z lodami. Nakrywszy się kocem
opróżniam kubełek, pochlipując i ciągnąc nosem. Bo to dopiero odniesienie
sytuacji do samego siebie sprawia, że pojawiają się najsilniejsze emocje.
Ten sam mechanizm działa w sytuacji gdy ludzie mają do
czynienia z „wyczynem”. Godzinne bieganie to coś, co ludziom nieaktywnym
imponuje ale także coś, w czym sami siebie są w stanie wyobrazić.
Kilkunastogodzinny bieg w górach, wspin na Matterhorn czy wygrana w Kona leżą
poza granicami ludzkiego wyobrażenia o własnych możliwościach, poza granicami
tych marzeń, które podejmują się urzeczywistnić. „lajkując” czyjeś dokonanie
nie docenia się tej osoby, ale własne wyobrażenie o samym sobie – „tak, fajnie
byłoby to samemu zrobić”. Egoizm czystej wody. Łatwo posądzić Kiliana albo
Chrissie o doping, lub określić ich jako „z innej planety” – odsuwa się ich tym
samym poza granicę wyobrażenia, nieznośne byłoby bowiem dopuszczenie, że są
takimi samymi ludźmi jak my, tylko że my nie potrafimy zdobyć się na to co oni.
Łatwiej jest obniżyć wymagania, zawiesić poprzeczkę niżej,
za sukces uznać samo uczestnictwo, każde najmniejsze drgnienie małego palca.
Piękno i wspaniałość rzeczywiście są wtedy wszędzie i wara komukolwiek to
krytykować i poddawać w wątpliwość.
Ponad chmury
Czy wszyscy tak myślą i robią? Oczywiście, że nie. Czy ja
sam jestem wolny od tego rodzaju postępowania? Bynajmniej. Sam czasami udaję,
że przyczłapał wielki smok, zeżarł słońce a nosem wypuścił dymy chmur. W głębi
serca wiem jednak, że to nieprawda, widziałem to wtedy lecąc samolotem.
Jak obłok wiedza tajemna, jak obłokfantasmagoria,
jak obłok cudze spojrzenia, jak obłok pewność ulotna.
śpiewał Marek Grechuta.
Ponad magią obłoków jest słońce, kto się chce wygrzać w jego
blasku, musi mieć czelność rozgonić chmury.