head

head

piątek, 18 kwietnia 2014

Prezentacja Projektu UTMB i rozwiązanie konkursu

Dzisiaj trochę nietypowo.

Od jakiegoś czasu interesuję sie górskimi biegami ultra, probuję też swych sił w tego rodzaju zmaganiach. Czytam blogi Joe Granta, Antona Krupicki, Dakoty Jonesa... Oglądam Kiliana, jak skacze po Matterhornie... I marzę...

Moje marzenia biegowe nie są wyjątkowe, na pewno dzielę je z tysiącami podobnych sobie. UTMB - bieg dookoła masywu Mont Blanc. Wystarczy wyszeptać te cztery literki, a wyobraźnia rozpala się jaskrawym ogniem nadziei, obaw, podziwu i wielu innych emocji, jakby był to magiczny tetragram rodem z Kabały.

W realizacji takiego marzenia potrzebne jest wsparcie. Z dumą i przyjemnością pragnę oznajmić, że w moich przygotowaniach do UTMB 2015 będzie mnie wspierać firma The North Face.



Logo TNF zawiera graficzne przedstawienie skały Half Dome, jednego z największych granitowych bloków na świecie, znajdującego się w parku narodowym Yosemite w Stanach Zjednoczonych.

Half Dome to właśnie Półkopuła z mojego opowiadania, zamieszczonego w poprzednim wpisie. W odpowiedzi na konkurs otrzymalem sześć propozycji zakończenia historii pierwszego w historii wejścia pólnocno-zachodnią ścianą Half Dome, pierwszej wspinaczkowej "szóstki" na świecie.

Wszystkie nadesłane odpowiedzi bardzo mi się podobały i serdecznie za nie dziękuję. Na pewno sam nie wymyśliłbym lepszego zakończenia niż te zaproponowane przez czytelników. Z radością pragnę przedstawić kompletne już opowiadanie wraz z zakończeniem autorstwa Moniki, która w nagrodę otrzymuje biegową czapeczkę The North Face.

Dziękuję i gratuluję! Mam nadzieję, że to pierwszy, ale nie ostatni konkurs na tym blogu...

Świat jest przekonany, że mamy manię wielkości. Rano wsiadamy do Chryslera 300 z ponad 6-litrowym silnikiem. Jedziemy do biura na osiemdziesiątym piętrze Empire State Building. Kiedy jesteśmy głodni, zamawiamy stek, spod którego nie widać talerza. Ludzie myślą, że sprawia to nasze chore ego, jakaś powszechna, narodowa dysfunkcja przysadki. Tymczasem prawda jest zupełnie inna. Wielkość jest wpisana w ten kraj. Była tu, zanim statki kolonizatorów wylądowały u wybrzeży Nowego Świata, a nawet wcześniej, kiedy stada bizonów gnane były wiatrem, a nie okrzykami Apaczów.

Póki nie spróbują przeskoczyć Wielkiego Kanionu, objąć ramionami pnia sekwoi i usłyszeć własne myśli w szumie Niagary, nie zrozumieją. Chyba, że przyjdą tu i spojrzą w górę…

Pod dotykiem dłoni czuć chłód granitu. Byłem tu wiele razy. Zimą, latem, w dni słoneczne i pochmurne. Zawsze napotykałem ten sam chłód. Nauczyłem się go i teraz byłbym w stanie rozpoznać to miejsce dzięki samemu dotykowi, nawet gdybym stracił pozostałe zmysły.

John Muir mawiał, że moc wyobraźni człowieka sprawia, że znikają dlań wszelkie granice. Kiedy tak stoję tu, u podnóża ściany i zadzieram głowę, widzę szczyt tylko dzięki wyobraźni. Dzieli mnie od niego kilkaset metrów i kilka dni, ale ile dokładnie? Trzy, może cztery? Nie wiem. Nikt tego nie wie. Nikt jeszcze tędy nie wszedł…

…Potężny orzeł rozpostarł skrzydła i sfrunął ze skalnej półki. Okrążył Półkopułę i skierował się w stronę drzew. Odlatując od szarej bryły dostrzegł na jej północno-zachodniej ścianie kilka ludzkich sylwetek. Z dzioba wyrwał mu się pogardliwy pisk. Nigdy jeszcze nie zaszli wysoko. Nawet gniazda jego kuzynów są wyżej niż ostatni ślad obecności człowieka. Głupcy! Sądzą, że wbiją dziesiątki sztucznych szponów w kamień i dzięki temu dostaną się na szczyt. Bezskrzydłe pokraki, które nigdy nie zaznały uczucia, kiedy wiatr śpiewa wokół ciebie i gra na twoich piórach… Orzeł machnął kilka razy skrzydłami i poleciał na łowy. Kiedy po kilku godzinach wrócił, sylwetki wspinaczy były zdecydowanie wyżej. Trójka śmiałków parła wciąż w górę. W sercu orła zawrzał gniew. Pełzać wam po ziemi, przerośnięte robaki! A jeśli chcecie latać, to tylko w dół! W dół!

Trzy dni później orzeł znów okrążał Półkopułę, lecz tym razem nie było widać ludzi w ścianie. Ha! Zrezygnowali albo spadli! Nie ma ich! Z radości wzbił się wysoko, leciał w stronę kuli słońca, jarzącej się złotem ponad światem. Kiedy już miał zanurkować, złowił wzrokiem poruszenie w górze ściany. Zaniepokojony drapieżnik  bił skrzydłami jak szalony, leciał wyżej i wyżej, tnąc piórami niebo. Widział ludzi, tych samych, co wcześniej. Ale jak to?! Jakim prawem?! Orzeł zakrzyknął z wściekłości, z furią gnał w górę. Nigdy wcześniej nie latał tak wysoko, a ludzie i tak byli daleko, gdzieś blisko szczytu… Nagły strach przeszył serce ptaka i złapał jego duszę w szpony, tak jak on sam łapał w nieubłagany uchwyt swoją zdobycz. Nie da rady wzbić się wyżej. Musi opaść. Zakrzyknął jeszcze raz, ze strachu, głośniej niż kiedykolwiek wcześniej…

…Nagły krzyk ptaka – czyżby orła? – wyrwał mnie z chwilowego odrętwienia. Obróciłem nie do końca przytomne oczy w stronę kolegów.

Mike i Jerry ponownie sprawdzili szpej. Spojrzeliśmy po sobie i bez słowa zaczęliśmy wspinaczkę. Pierwsze godziny upłynęły dość spokojnie, drogę znaczyły haki założone dwa lata wcześniej przez innych śmiałków, którym się nie udało. Kiedy zakładaliśmy pierwszy biwak w ścianie, w głowie kołatało pytanie: czy i nas czeka wycof? To niesamowite, jaki kocioł myśli potrafi wrzeć pod powiekami tuż przed zaśnięciem. Mieszkańcy miast nigdy nie zobaczą większości gwiazd na nocnym niebie. Podobnie i ja: tylko w ciszy graniowego bezkresu słyszałem najcichsze szepty własnej duszy.

Pierwsza „szóstka”… Ciekawe, jak z oddali będzie się przedstawiał jej rysunek – kardiogram Półkopuły wykreślony potem i krwią? Pierwsza „szóstka”…

W ciągu trzech kolejnych dni moje ciało stopniowo zamieniało się w granitową bryłę. Czułem, jak sztywnieją mi mięśnie, a tępy ból powoli utwardza tkanki. Ogarniał mnie chłód i otępienie. Tylko serce uparcie tłoczyło płynne życie w najdalsze zakamarki ciała, tak jak wulkan wyrzuca lawę, wybuchało erupcją każdego uderzenia. Mniej ważne myśli cichły i nawet wieczorami nie przebijały się do świadomości. Z tych ważniejszych pamiętam szczególnie jedną, która przyszła niedługo po tym, jak minęliśmy ostatnie ślady poprzedników i weszliśmy na dziewiczy teren. Nasze poczynania nie były aktem szaleństwa, wybrykiem młodości ani sportowym wyczynem. Tworzyliśmy dzieło sztuki. Kiedy omiatałem wzrokiem przestrzeń nad sobą, szukając najlepszej linii, czułem się jak architekt; kiedy wbijałem hak w skałę, byłem Fidiaszem powołującym do życia marmurowych bogów.

Piątego dnia dotarliśmy na skraj świata. W oślepiającym słońcu, wyczerpani wysiłkiem i brakiem wody, brnęliśmy w stronę szczytu, kierowani przez nieubłagany opór grawitacji. Jeżeli prawdziwa sztuka naprawdę rodzi się w bólach, to właśnie powstawało arcydzieło. Wiedzieliśmy, że do szczytu coraz bliżej, bo skalne nawisy zwiastujące koniec wspinaczki przybliżały się z każdą godziną. Co się jednak stanie, gdy do nich dotrzemy? Czy znajdziemy siłę, by je pokonać, skoro trudno nam nawet przełknąć resztki śliny? Kiedy już cierpienie zaczęło przesłaniać nadzieję – deus ex machina – Jerry trafił na półkę. Skalny parapet szerokości stopy zdawał się prawdziwą promenadą, autostradą międzystanową. Nazwaliśmy to miejsce Półką „Dzięki Bogu”. Boska opatrzność pozwoliła nam ominąć nawisy.

Ostatniego odcinka nie pamiętam. W pewnej chwili ściana się po prostu skończyła. Nasze stopy znalazły oparcie, ręce odpoczynek. Byliśmy na szczycie.

Czekał tam na nas Batso ze szkłem pełnym mniej lub bardziej szlachetnego trunku.

„Witajcie”, zawołał.

„Aaaa…” chciałem natychmiast coś powiedzieć, wykrzyczeć, sam nie wiem co, coś wielkiego, lecz ledwo marny szept przedzierał się przez zaciśnięte gardło - sylaby, bez związku ze sobą, jedna po drugiej. Bełkotałem i nie potrafiłem nad tym zapanować…Zaczęło mnie to śmieszyć … śmiałem się coraz mocniej i pełniej, wyłem bezgłośnie, leżąc zwinięty na chłodnej skale. Cisza. Zamilkł nawet ten przerośnięty wróbel z zakrzywionym dziobem.„Co teraz, Batso?” wyszeptałem, „Czy to jest nasz szczyt? Szczyt szczytów? Co teraz?” – dotarło do mnie, jak bardzo poczułem się zawiedzony. Tak, właśnie – szczęśliwy i zawiedziony zarazem.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Ultramotywacja odc. 1


Bieganie uratowało mi życie. Na początku biegałem po to, żeby usunąć z organizmu toksyny. Biegałem, by zapomnieć i odnaleźć spokój duszy. Biegałem, bo tylko to mogłem zrobić – i bieganie mnie uleczyło. Pomogło zajrzeć w głąb siebie, przebaczyć sobie, zaufać i wyciągnąć naukę z tego, co było.

 
 
Timothy Allen Olson – jeszcze kilka lat temu: uzależniony od alkoholu I narkotyków, pełen myśli samobójczych; dzisiaj: szczęśliwy mąż I ojciec, dwukrotny zwycięzca najbardziej kultowego wyścigu na 100 mil w USA - Western States.
 

 

piątek, 11 kwietnia 2014

Półkopuła


Świat jest przekonany, że mamy manię wielkości. Rano wsiadamy do Chryslera 300 z ponad 6-litrowym silnikiem. Jedziemy do biura na osiemdziesiątym piętrze Empire State Building. Kiedy jesteśmy głodni, zamawiamy stek, spod którego nie widać talerza. Ludzie myślą, że sprawia to nasze chore ego, jakaś powszechna, narodowa dysfunkcja przysadki. Tymczasem prawda jest zupełnie inna. Wielkość jest wpisana w ten kraj. Była tu, zanim statki kolonizatorów wylądowały u wybrzeży Nowego Świata, a nawet wcześniej, kiedy stada bizonów gnane były wiatrem, a nie okrzykami Apaczów.

Póki nie spróbują przeskoczyć Wielkiego Kanionu, objąć ramionami pnia sekwoi i usłyszeć własne myśli w szumie Niagary, nie zrozumieją. Chyba, że przyjdą tu i spojrzą w górę…

Pod dotykiem dłoni czuć chłód granitu. Byłem tu wiele razy. Zimą, latem, w dni słoneczne i pochmurne. Zawsze napotykałem ten sam chłód. Nauczyłem się go i teraz byłbym w stanie rozpoznać to miejsce dzięki samemu dotykowi, nawet gdybym stracił pozostałe zmysły.

John Muir mawiał, że moc wyobraźni człowieka sprawia, że znikają dlań wszelkie granice. Kiedy tak stoję tu, u podnóża ściany i zadzieram głowę, widzę szczyt tylko dzięki wyobraźni. Dzieli mnie od niego kilkaset metrów i kilka dni, ale ile dokładnie? Trzy, może cztery? Nie wiem. Nikt tego nie wie. Nikt jeszcze tędy nie wszedł…

…Potężny orzeł rozpostarł skrzydła i sfrunął ze skalnej półki. Okrążył Półkopułę i skierował się w stronę drzew. Odlatując od szarej bryły dostrzegł na jej północno-zachodniej ścianie kilka ludzkich sylwetek. Z dzioba wyrwał mu się pogardliwy pisk. Nigdy jeszcze nie zaszli wysoko. Nawet gniazda jego kuzynów są wyżej niż ostatni ślad obecności człowieka. Głupcy! Sądzą, że wbiją dziesiątki sztucznych szponów w kamień i dzięki temu dostaną się na szczyt. Bezskrzydłe pokraki, które nigdy nie zaznały uczucia, kiedy wiatr śpiewa wokół ciebie i gra na twoich piórach… Orzeł machnął kilka razy skrzydłami i poleciał na łowy. Kiedy po kilku godzinach wrócił, sylwetki wspinaczy były zdecydowanie wyżej. Trójka śmiałków parła wciąż w górę. W sercu orła zawrzał gniew. Pełzać wam po ziemi, przerośnięte robaki! A jeśli chcecie latać, to tylko w dół! W dół!

Trzy dni później orzeł znów okrążał Półkopułę, lecz tym razem nie było widać ludzi w ścianie. Ha! Zrezygnowali albo spadli! Nie ma ich! Z radości wzbił się wysoko, leciał w stronę kuli słońca, jarzącej się złotem ponad światem. Kiedy już miał zanurkować, złowił wzrokiem poruszenie w górze ściany. Zaniepokojony drapieżnik  bił skrzydłami jak szalony, leciał wyżej i wyżej, tnąc piórami niebo. Widział ludzi, tych samych, co wcześniej. Ale jak to?! Jakim prawem?! Orzeł zakrzyknął z wściekłości, z furią gnał w górę. Nigdy wcześniej nie latał tak wysoko, a ludzie i tak byli daleko, gdzieś blisko szczytu… Nagły strach przeszył serce ptaka i złapał jego duszę w szpony, tak jak on sam łapał w nieubłagany uchwyt swoją zdobycz. Nie da rady wzbić się wyżej. Musi opaść. Zakrzyknął jeszcze raz, ze strachu, głośniej niż kiedykolwiek wcześniej…

…Nagły krzyk ptaka – czyżby orła? – wyrwał mnie z chwilowego odrętwienia. Obróciłem nie do końca przytomne oczy w stronę kolegów.

Mike i Jerry ponownie sprawdzili szpej. Spojrzeliśmy po sobie i bez słowa zaczęliśmy wspinaczkę. Pierwsze godziny upłynęły dość spokojnie, drogę znaczyły haki założone dwa lata wcześniej przez innych śmiałków, którym się nie udało. Kiedy zakładaliśmy pierwszy biwak w ścianie, w głowie kołatało pytanie: czy i nas czeka wycof? To niesamowite, jaki kocioł myśli potrafi wrzeć pod powiekami tuż przed zaśnięciem. Mieszkańcy miast nigdy nie zobaczą większości gwiazd na nocnym niebie. Podobnie i ja: tylko w ciszy graniowego bezkresu słyszałem najcichsze szepty własnej duszy.

Pierwsza „szóstka”… Ciekawe, jak z oddali będzie się przedstawiał jej rysunek – kardiogram Półkopuły wykreślony potem i krwią? Pierwsza „szóstka”…

W ciągu trzech kolejnych dni moje ciało stopniowo zamieniało się w granitową bryłę. Czułem, jak sztywnieją mi mięśnie, a tępy ból powoli utwardza tkanki. Ogarniał mnie chłód i otępienie. Tylko serce uparcie tłoczyło płynne życie w najdalsze zakamarki ciała, tak jak wulkan wyrzuca lawę, wybuchało erupcją każdego uderzenia. Mniej ważne myśli cichły i nawet wieczorami nie przebijały się do świadomości. Z tych ważniejszych pamiętam szczególnie jedną, która przyszła niedługo po tym, jak minęliśmy ostatnie ślady poprzedników i weszliśmy na dziewiczy teren. Nasze poczynania nie były aktem szaleństwa, wybrykiem młodości ani sportowym wyczynem. Tworzyliśmy dzieło sztuki. Kiedy omiatałem wzrokiem przestrzeń nad sobą, szukając najlepszej linii, czułem się jak architekt; kiedy wbijałem hak w skałę, byłem Fidiaszem powołującym do życia marmurowych bogów.

Piątego dnia dotarliśmy na skraj świata. W oślepiającym słońcu, wyczerpani wysiłkiem i brakiem wody, brnęliśmy w stronę szczytu, kierowani przez nieubłagany opór grawitacji. Jeżeli prawdziwa sztuka naprawdę rodzi się w bólach, to właśnie powstawało arcydzieło. Wiedzieliśmy, że do szczytu coraz bliżej, bo skalne nawisy zwiastujące koniec wspinaczki przybliżały się z każdą godziną. Co się jednak stanie, gdy do nich dotrzemy? Czy znajdziemy siłę, by je pokonać, skoro trudno nam nawet przełknąć resztki śliny? Kiedy już cierpienie zaczęło przesłaniać nadzieję – deus ex machina – Jerry trafił na półkę. Skalny parapet szerokości stopy zdawał się prawdziwą promenadą, autostradą międzystanową. Nazwaliśmy to miejsce Półką „Dzięki Bogu”. Boska opatrzność pozwoliła nam ominąć nawisy.

Ostatniego odcinka nie pamiętam. W pewnej chwili ściana się po prostu skończyła. Nasze stopy znalazły oparcie, ręce odpoczynek. Byliśmy na szczycie.

Czekał tam na nas Batso ze szkłem pełnym mniej lub bardziej szlachetnego trunku.

„Witajcie”, zawołał.

„…”
I tu pojawia się konkurs:
Należy dopisać zakończenie tej historii, maksimum 1000 znaków (ale równie dobrze może być 100).
Liczy się kreatywność, spójność z całością historii i puenta. Na odpowiedzi czekam do poniedziałku do północy, we wtorek lub w środę ogłoszenie wyników. Nagrodą jest bardzo fajny gadżet biegowy.

Propozycje - odpowiedzi należy wpisywać w komentarzach do posta, tu na blogu, razem z podaniem swojego maila do kontaktu.

Zachęcam też do polubienia fan page'a DoThingsAlways na facebooku.

czwartek, 27 lutego 2014

Zielone skarpety

Pamiętam żarty Tomka. Jak przed i po kolejnych GP darł ze mnie łacha, że znowu nie złamałem 20 minut. Było w tym jednak tak wiele serdeczności, że nie byłem na niego ani trochę zły.

Złojenie mu dupy na piątkę albo dychę było jednym z moich małych biegowych marzeń. Każdy z nas ma podobne pochowane gdzieś po kątach. Kiedy na treningu pobiegłem piątkę poniżej 20 minut, jedną z pierwszych myśli było: „Pochwalę się Tomkowi, jak go spotkam.”

Już go nie spotkam i nigdy nie złoję mu dupy. Tomek miał wczoraj na treningu zawał.

Każda śmierć jest straszna. Nie byliśmy z Tomkiem przyjaciółmi i nie chcę sobie uzurpować prawa do szczególnej żałoby po nim. Ta śmierć jest jednak jedną z tych, które tak trudno przyjąć. Tomek czerpał z życia pełnymi garściami i choć miał bardzo pod górę, walczył o każdy kolejny dzień i rok. Kibicowałem mu mocno, kiedy szykował się do łamania trójki w maratonie.

Kiedy biegaliśmy razem, uwielbiałem słuchać jego opowieści – o biegach na orientację, o imprezach… Łączyło mnie z Tomkiem upodobanie zielonego koloru, nawzajem zazdrościliśmy sobie zielonych ciuchów i butów. Kiedy podczas wspólnych, grupowych wybiegań „na Strzeszynek” Tomek w drodze powrotnej odbijał do siebie, zabierał ze sobą sporo śmiechu.

Pamiętam jedno z ostatnich naszych spotkań, na mecie Chudego Wawrzyńca. Kiedy powiedziałem Tomkowi, jaki czas uzyskałem, spodziewałem się kolejnego żartu. On jednak kiwnął głową z uznaniem i to był dla mnie równie wielki powód do dumy, jak sam rezultat.


Mam nadzieję, że nigdy nie zapomnę tego wszystkiego. Jeżeli kiedykolwiek złamię trójkę w maratonie, na mecie będę myślał o Tomku.

sobota, 8 lutego 2014

Luta, czyli luty i dieta

Ostatnie dwa miesiące upływają pod znakiem przesiadywania wieczorami i weekendami nad tłumaczeniem. Ba! PRZEKŁADEM...

Zostałem Panem przekładaczem, jednocześnie dotychczasowa praca jakoś nie chce się sama wykonać, w rezultacie czego mniej biegam i więcej jem...

Przepraszam, jadłem. Od 1 lutego jestem na diecie, do tego nie byle jakiej: low-carb. W tak zwanym "międzyczasie" na wadze pojawiło się więcej mnie, niż potrzebuję. 1 lutego było 79 kg. Dość!

Od tygodnia obcinam węglowodany, gdzie tylko mogę. Są nawet pierwsze sukcesy: wahania nastroju znacznei się zmniejszyły, ruszyła też waga. Dziś wskazała 77 kg i nawet jeśli połowa z tego to utracona woda, to jest ruch w dobrym kierunku.

Ponieważ przez przeklad i dolegliwości z pasmem biodrowo-piszczelowym biegam mniej, niż bym chciał, skupiam się na diecie i głównie o tym pewnie będą wpisy przez najbliższe tygodnie.


środa, 8 stycznia 2014

Koty za płoty i do roboty

5km poniżej 20 minut zaliczone.




to śmieszne, że między 20:50 a 20:30 jest dwadzieścia sekund różnicy, a między 20:10 a 19:50 ze dwieście. pokonanie jakiegoś progu daje spokój wewnętrzny ale również głód zaliczenia kolejnego. snuje się plany i rozpisuje życie na poszczególne treningi. tymczasem rzeczywistość skrzeczy i ustawia nas do pionu, albo sprowadza do poziomu, zależnie od układu odniesienia.




od miesiąca w moim życiu układem odniesienia jest tłumaczenie. och, nie! PRZEKŁAD. w każdej wolnej chwili w domu zakładam strój PRZEKŁADACZA i przekładam. tu strona, tam dwie, i pliki (niestety, tylko wirtualne) rosną. rośnie również brzuch i poczucie winy względem IDEALNEGO MNIE, który z tłuszczowej głębi woła: stary, umawialiśmy się, że na lato 2014 masz mnie pokazać światu! no cóż, może jeszcze wystarczy czasu...




tymczasem minęły święta, znów zaczęło przybywać dnia a na ścianie zawisł nowy kalendarz, pełen czystych kartek. życzę sobie i jednocześnie postanawiam, że zapiszę je ładnymi, polskimi zdaniami, pięknymi w formie i bogatymi w treść.




no cóż, pierwsze koty za płoty.

niedziela, 17 listopada 2013

Kosiaputka i Bjorn

Co rok ta sama heca – jakby powiedział Sid Leniwiec. Przychodzi jesień a wraz z nią jesienne przesilenie. Liśćmi z drzew opada mój entuzjazm. Wiadomości radiowe sprzed kilku dni uświadomiły mi, że tatrzańskie świstaki ułożyły się już do snu zimowego. Mam ochotę zrobić to samo.

Często mam wrażenie, że w moim ciele ukryte są baterie słoneczne. Duża ilość światła daje mi siłę i radość, rozjaśnia umysł i leczy choroby ciała. Kiedy natomiast dni stają się krótsze, zziębnięte słońce przykrywa się kołdrą chmur a kolory uciekają na skrzydłach ptaków do ciepłych krajów, gdzieś w środku pojawia się narastająca potrzeba zagrzebania się w jakiejś norze i pozostania tam do wiosny.

Zmieniają się upodobania żywieniowe: duży kubek ciepłej kawy i pół kilo Michałków jawią się jako idealne śniadanie… Obiad i kolacja zresztą też. Ranne wstawanie gdy ciemno na dworze jest walką na śmierć i życie. Stosunek do świata również się zmienia: trzymam innych na większy dystans, mniej się uśmiecham, zamiast pośród ludzi wolę przebywać w towarzystwie własnym i moich najbliższych.

Zmienia się wszystko, nawet sposób w jaki myślę i w jaki formułuję myśli w języku. Staję się poetycki i wielokrotnie złożony. Żeby to chociaż była dobra poezja… No cóż, różni ludzie mają różne talenty, może kiedyś odkryję swoje.

W każdym razie, by poradzić sobie z niekomfortową sytuacją, przychodzi konieczność poczynienia jakichś zmian, określenia się po którejś stronie. Ano właśnie, strony są dwie. Jak w animowanej bajce jawią się jako dwa chochliki, które puff! pojawiają się nad ramieniem i szepczą do ucha. Wzajemnie przekomarzają się  i walczą o moją uwagę. Pora ich przedstawić.

Pierwszy z naszych bohaterów to Kosiaputka. Imię pochodzi od mojej starszej córki Emilki, która, demonstrując cudny przykład substytucji głoskowej, ukuła to imię ze słów Kotka Pusia. Kosiaputka jest rzecz jasna kotkiem, w dobie internetów chciałoby się rzecz kotałkiem. Cudnym kociakiem, mięciutkim jak kołderka i poduszka. Uwielbia wygrzewać się w ciepełku, objadać się wieczorami i oglądać romantyczne komedie. Dźwięk nazwisk takich jak Meg Ryan czy Hugh Grant powoduje głośne mruczenie, silnik Diesla 1,4. Niewielki ale ekonomiczny, po odpaleniu i zatankowaniu lodami tiramisu może jechać aż do wiosny.
Kosiaputka lubi deszcz. Uwielbia go obserwować siedząc na parapecie okna i sącząc kakao z niemal litrowego kubka. Kosiaputka lubi zimno i wiatr, im silniejsze, tym milej jest jej się opatulić w kocyk i szczerze współczuć wszystkim tym, którzy szczękają zębami na dworze podczas gdy ona grzeje się żarem piekarnika, w którym dochodzą bananowe muffinki lub czekoladowe fondanty. Taka już jest –jak poprzednie zdanie – wielokrotnie złożona.

Kosiaputka demonstruje swoje hedonistyczne usposobienie, lekceważąc moje plany treningowe. Zasypia na książce Kiliana, nie pozwalając mi czerpać z niej motywacji. Podrze papierowe Bieganie z planem na złamanie trójki. Bawi się rękawiczkami i gubi je w zakamarkach mieszkania, do których nie dotarłem jeszcze nigdy, nawet odkurzaczem. Przy tym wszystkim jest niebywale wręcz urocza i przekonująca – aż chce się ją wziąć na kolana na dwugodzinne wygłaskanie. Przy Joshu Grobanie.





Gdy resztkami zmaltretowanej przez kotałka woli zbieram się do wyjścia patrzy na mnie drwiąco jakby mówiła: „to co tam dzisiaj biegasz? Interwały? I myślisz, że nie wysiądziesz w połowie trzeciego? Hm…” Chochlik ten brzydzi się wysiłkiem, potem i zmęczeniem. Zostawia je psom, którymi, mówiąc bez ogródek, gardzi. Gdyby jej pogarda miała fizyczną postać, byłaby tak ciężka, że wessałaby każdą czarną dziurę. Tak też i ja ciążę w kierunku Kosiaputki, patrząc w jej oczy a w tle słychać: Hathor, hathor, hathor…
Z dźwiękiem gromu, pośród błyskawic nad drugim ramieniem pojawia się adwersarz Kosiaputki: Bjorn. Bjorn jest wikingiem – ma hełm z rogami, brodę, topór i tubalny śmiech. Nie boi się niczego i nikogo… No, może poza Thorem i własną żoną, Anną Marią; na marginesie, niekoniecznie w tej kolejności. Bjorn jest 100% facetem, kipiącym testosteronem i witalną siłą. Lubi biegać i skakać, na skręcenie karku, rzecz jasna cudzego. Wyraża się zwięźle i jasno: rusz tyłek. Nie zawracaj głowy. Weź się w garść. Idź biegać. Co? Oczywiście, że w kolczudze. Nie masz? Idź nago.

Słucha heavy metalu i ciągle okupuje Playstation. Na szczęście gra swoim padem – wykutym własnoręcznie w kuźni. Lubi zwierzęta, najbardziej te dobrze wypieczone. Jest świetnym kompanem ale też wymagającym: lenistwo, pobłażanie sobie, obniżanie poprzeczki działa na niego jak płachta na byka. On nie szepcze do ucha – on wali w nie obuchem topora i wrzeszczy jakby przekrzykiwał morski sztorm.



Miałem napisane jeszcze cztery akapity o Bjornie, który wbrew pozorom nie jest prostakiem i można o nim rozmawiać godzinami… Skasował je w okamgnieniu, kiedy zerknąłem by spojrzeć jak się skończy „Starcie tytanów” w TV – oczywiście on wybierał program. No cóż, Bjorn jaki jest każdy widzi.

Każdej jesieni oba chochliki atakują mnie bezlitośnie. Dla zachowania zmysłów i zdrowia psychicznego muszę któregoś wybrać. Wychodzę na trening.

Biegnę do lasu. Kosiaputka, choć nie lubi zmęczenia, jest w stanie zaakceptować spokojne wybiegania, szczególnie te długie i bez celu. Czy to jej ulegnę? W lesie cisza, chyba chłód wypłoszył innych biegaczy. Przypominam sobie, jak w tym samym lesie jednej zimy kilka saren przebiegło mi drogę tak blisko, że niemal mogłem usłyszeć ich przyspieszony oddech. Potem biegły ze mną kilkaset metrów by jeszcze raz przebiec przez drogę i zniknąć w lesie. Przyspieszam. Serce również. Bije mocno, tłocząc życie w moje żyły. Nie biegnę szybko – nie potrafię. Biegnę z całych sił. Pod stopami chrzęszczą liście. Skręcam w mniej uczęszczaną ścieżkę. Nie słyszę odgłosów miasta, staję się jednym z otaczającą mnie przyrodą. Zbliżenie jest tak namacalne, intymne. Taa…

Stopa zawadza o korzeń, tracę równowagę i wykładam się jak długi. W zębach smak ziemi, boli stłuczone biodro, pieką otarte dłonie. Serce wali jak szalone. Mózg płonie ze wstydu ale nie od dziś wiadomo, że nie jest on najlepiej funkcjonującym organem mojego ciała; po chwili zresztą uspokaja się, jako że nie ma świadków mojego upadku.

A jednak. Jeden jest.

Sarna stoi pośród zarośli. Nie mam pojęcia dlaczego nie ucieka. Patrzy na mnie dziwnie. Spodziewam się, ze zaraz pojawi się tajemnicza postać, która rzeknie:

Ja jestem Hern Myśliwy, a ty jesteś liściem niesionym przez wiatr.



Nic takiego się nie dzieje. Sarna unosi nieco łeb, po czym mówi:

Co ty robisz z nosem w ziemi chłopcze? Szukasz grzybów?

Wiem już kogo posłucham. Wracam do domu. Od progu witam Bjorna słowami: Masz ochotę na pasztet z kota?

Kosiaputka nie docenia przedniego żartu ale wie dokładnie co on oznacza. Prycha wzgardliwie i prężąc grzbiet odchodzi niespiesznie by skryć się w jakimś zakamarku. Tam będzie czekać na kolejną szansę. I tylko czasem, gdy obudzę się w nocy, w nogach łóżka zobaczę jak dwa małe błyszczące punkciki wpatrują się we mnie, odbijając światło księżyca…

Teraz jednak myślę o czym innym. Bjorn, choć mówiłem mu tysiąc razy by tego nie robił, rzuca sztangę na ziemię z szelmowskim uśmiechem. Świetnie, sąsiadka z dołu pomyśli, że Niemcy znowu atakują. Rozumiemy się bez słów. Po skończonym treningu czas na odpoczynek. Bjorn podaje mi z lodówki Fortunę i mówi, że zaraz będzie pizza. Jak znam życie, Rzeźnicka.


Wiem, że dobrze wybrałem.