head

head

wtorek, 15 marca 2016

ZUK 2016

Pamiętam, jak przed rokiem stałem podpierając ścianę na rozdaniu nagród i oficjalnym zakończeniu drugiego Zimowego Ultramaratonu Karkonoskiego. Bieg mi nie poszedł - nie potrafiłem odnaleźć się w śniegu i tyle. A jednak cała atmosfera wydarzenia ogarnęła mnie tak mocno, że czułem się szczęśliwy.

Była jednak jeszcze jedna, silniejsza myśl, nasycona emocjami jak cola tlenkiem węgla - bardzo pragnąłem stać się częścią ZUKa, dołożyć swoją malutką cegiełkę do tego, by za rok ktoś inny poczuł się dobrze w Karkonoszach.

Dlatego chętnie podjąłem temat oznaczania trasy (i sprzątania po sobie) - nie wiedziałem jeszcze, co mnie czeka.

Przyszedł czas na osobistą dygresję: jakiś czas temu w moim życiu był kilkuletni okres, kiedy mocno udzielałem się przy organizacji innego rodzaju imprez. Moja rola była dość ważna... Inaczej: było mnie mocno widać. Żeby nie przedłużać: nie zachowywałem się fajnie. Kilka razy zwrócono mi uwagę, że mógłbym przestać gwiazdorzyć i wziąć się do roboty. Pamiętam ogromny wstyd, jaki wtedy czułem. Przyrzekłem sobie, że odrobię tę lekcję.

W Karkonoszach odwaliliśmy kawał ciężkiej - i potrzebnej! - roboty. W piątek weszliśmy czarnym Szlakiem z Karpacza na Sowią Przełęcz i oznaczyliśmy trasę przez Okraj i Budniki aż do Karpacza, sprawdziliśmy też taśmy zawieszone przez Grześka na końcówce trasy.


W górach sporo śniegu, za Okrajem przecieraliśmy żółty szlak, napierając po kolana, a czasami i po pas w ciężkim puchu.



Czas mijał jednak szybko, 25 km i 1100 metrów w górę zaliczone. Zeżarliśmy ogromny obiad w Mieszku i poszliśmy spać.


Jako, że w sobotę zamykaliśmy trasę, czyszcząc ją z taśm od Śląskiego Domu, mogliśmy się wyspać. Weszliśmy przed południem na grań, wchodząc zielonym szlakiem na Słonecznik i przeszliśmy do schroniska pod Śnieżką, gdzie czekaliśmy na sędziów zamykających pierwszą połowę zmagań.



W Śląskim Domu panowała rewelacyjna atmosfera. Śmialiśmy się i gadaliśmy z Kasią i Piotrkiem zajadając Chleb Krasnoludów. Wolontariusze byli rewelacyjni, gotowi służyć wszelką pomocą uczestnikom. Ogrzaliśmy się tym ciepłem dobrych serc i ruszyliśmy zdejmować oznaczenia z drugiej połowy trasy.


Po drodze kilkakrotnie ludzie z obsługi biegu upewniali się, czy będziemy sprzątać, który fragment, i czy na pewno do końca. Widać było u nich troskę o nas, ale i coś jeszcze. Widziałem nieopisaną ulgę na nasze słowa zapewnienia, że sprzątniemy oznaczenia do samej mety. W jednej sekundzie na ich twarzach malowały się obrazy "zdążę na obiad do domu", "niedługo przebiorę się w suche rzeczy", "wrócę zanim dzieciaki pójdą spać", "za godzinkę będę leżał w wannie" i inne, tym podobne, miłe obrazy.

Podzieliłem się z Krzyśkiem refleksją, że nasza robota ma spore znaczenie - głownie takie, że dzięki temu, iż my ją wykonujemy, nie musi tego robić ktoś inny :) Ostatnie kilka kilometrów pracowaliśmy po zmroku, przy świetle czołówki i padającym śniegu, co nadawało otoczeniu niesamowitego uroku. Zaśnieżone drzewa, zaśnieżone, szlaki, zaśnieżone myśli i tylko wzrok skupiony, wypatrujący kolejne żółtej, a czasami czerwonej wstęgi.

W sobotę łącznie przeszliśmy i przebiegliśmy 34 km i 1600 metrów w górę. Nagrodą były wspaniałe wieczorne rozmowy z cudownymi ludźmi, pełnymi pasji i miłości do gór. Takie rozmowy ładują moja akumulatory megawatami motywacji i inspiracji... Czułem czystą, przejmującą wdzięczność za chwile spędzone z Magdą, Pawłem i innymi.

W niedzielę trzeba było jeszcze posprzątać od Odrodzenia do Śląskiego Domu. Oj, na długo zapamiętam przeprawę zielonym szlakiem do Odrodzenia! Mozolne zakopywanie i odkopywania się ze śniegu. Wpadanie po biodro i gramolenie się znowu kilka metrów w górę. Na grani - widoczność ograniczona do dwudziestu metrów. Stojąc przy tyczce oznaczającej zimowy przebieg szlaku widać było tylko kolejną... Poza tym nie było żadnych punktów odniesienia, wszystko zlane w gęste mleko, oblekające rzeczywistość. Chwilami nie było wiadomo, gdzie jest lewo, a gdzie prawo; czy szlak wiedzie w dół czy pod górę.

Skończywszy robotę usiedliśmy w Śląskim Domu, tym razem raczej pustym i cichym. Zdecydowaliśmy się zbiec do Karpacza czarnym szlakiem przez Kopę, Mieliśmy wrażenie, że wyjazd się praktycznie skończył.

Góry niespodziewanie odwdzięczyły się nam na sam koniec szaleńczym zbiegiem do Karpacza. Oznaczenia turystyczne pokazywały 55 minut, a my byliśmy na dole po kilkunastu. Pędziliśmy na złamanie karku po białym dywanie. Wszelki ból zniknął, zmęczenie odeszło, istniało tylko tu i teraz. Szeroko rozłożone dla równowagi ręce, śnieg skrzypiący pod nogami, łomoczące w piersi serce. Dla takich chwil warto żyć - jakkolwiek banalnie brzmią te słowa, innych nie znajduję. Innych nie ma.

Epilog.

Niedzielne 25 km i 1100 m dały w łącznie ponad 85 km i prawie 4000 m przewyższenia w ciągu 3 dni. Jednak jeden uśmiech Ani i Agi znaczy o wiele więcej, niż wszystkie te liczby.

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Czysta kartka

Czysta kartka

Do Ultra Trail du Mont Blanc zostały niecałe dwa tygodnie. Od bardzo długiego czasu codziennie myślę o tym biegu i często o nim rozmawiam. Kiedy opowiadam o nim znajomym, którzy nie biegają ultra, to zawsze trochę się krępuję. W ich oczach i słowach wyczuwa się pewnego rodzaju dystans, szacunek pomieszany z niedowierzaniem, że mam zamiar przebiec prawie 170 kilometrów w Alpach.

Przypominam sobie, że jeszcze 2, 3 lata temu podobnie reagowałem na dźwięk tych czterech literek: U-T-M-B. Pamiętam, jak w papierowym „Bieganiu” czytałem relację Krzyśka Dołęgowskiego i targały mną emocje podobne do tych, które towarzyszyły mi w dzieciństwie, kiedy wieczorami czytałem pod kołdrą kryminały przy świetl latarki… Ekscytacja, fascynacja i lęk jednocześnie – a przy tym wrażenie, że choć to niesamowita przygoda, to nie potrafię sobie wyobrazić w niej samego siebie. To zbyt wielkie wyzwanie, jakby z innego porządku rzeczywistości. I nie chodziło o sam bieg, ale o wszystkie przygotowania i drogę, którą należy pokonać, żeby w ogóle stanąć na starcie w Chamonix.

Dzisiaj zastanawiam się, które buty założyć i jakie przekąski spakować do plecaka… A przecież przez te dwa lata nie wydarzyło się nic niebywałego, nie otrzymałem supermocy z kosmosu ani nic z tych rzeczy. Kiedy więc w rozmowach pojawiają się komentarze: „to nie dla mnie”, „ja mogę sobie tylko pomarzyć o czymś takim”, budzi się we mnie sprzeciw: skoro ja mogę, to każdy może! Wystarczy pokazać samemu sobie, że to możliwe. Chciałbym dzisiaj „sprzedać” Wam jedną sztuczkę, która mnie pomaga w tego rodzaju sytuacjach, a która może przysłużyć się również Wam, kiedy stoicie przed pozornie przytłaczającym i niewykonalnym wyzwaniem.

Stoję na chodniku przed wieżowcem. Ogromna bryła betonu i stali wydaje się sięgać nieba. Trzeba mocno zadrzeć głowę, żeby w ogóle uchwycić wzrokiem szczyt budynku. Robię rozpęd i… skaczę. HOP! I jestem na dachu. Wow, dokonałem czegoś niezwykłego. Oczywiście – to tak nie działa. Nie byłbym w stanie wskoczyć na dach wieżowca, ani nawet piętrowego domku. Ale przecież wiem, ze w środku tej masywnej bryły kryje się klatka schodowa i setki stopni, które prowadzą na dach. Czy potrafię wejść na pierwszy z nich? Tak, to nawet dość łatwe. Czy potrafię wejść na kolejny? Istnieje duża szansa, że mi się uda J A więc prawdopodobnie uda mi się pokonać każdy z tych stopni i w końcu znajdę się na dachu.

Weź teraz kartkę papieru i wyobraź sobie, że przedstawia ona wieżowiec. Na samej górze napisz swoje wyzwanie. Na samym dole napisz swoje imię. Między Tobą a Twoim celem rozpościera się wielka przestrzeń. Tak, masz rację, że w tej chwili nie da się jej ot tak przemierzyć. Nic nie szkodzi. Cała ta wielka przestrzeń jest bowiem dla Ciebie szansą, a nie zagrożeniem. Pomocą, a nie przeszkodą.

Możesz po swojemu zapełnić ją schodkami. Kartka jest na razie pusta, więc masz wielkie pole do popisu. Zacznij jednak od pierwszego stopnia – niskiego i łatwego do pokonania. Może to być treningowy wyjazd w góry. Może to być rezygnacja z pączka do porannej kawy – możliwości są tysiące. To jednak Twoja kartka i Ty decydujesz, co się tam znajdzie.

Kiedy już wpiszesz pierwszą rzecz i ją zrealizujesz, to tak, jakbyś wszedł na pierwszy stopień. Czy naprawdę było tak trudno? Pewnie nie. A spójrz, jesteś już bliżej celu, już nie stoisz na samym dole, jesteś już trochę wyżej, a co najważniejsze – jesteś już w drodze. Wystarczy teraz dopisywać kolejne rzeczy i dokładać kolejne stopnie. Wiesz już, jak to działa.

Tydzień temu chodziłem po Tatrach Zachodnich, po raz pierwszy w życiu. Spoglądając z okolic Łopaty na podejście pod Jarząbczy Wierch włos jeżył mi się na głowie. Ale lufa! Jak to zrobić? Okazało się, że podejście składa się z kamiennych stopni. Było ich mnóstwo, ale każdy z nich okazał dość łatwy do pokonania i w końcu stanąłem na szczycie.

To wszystko może wydać się banalne, ale jeśli tak jest, to dlaczego czasami upieramy się, że akurat nasze wyzwania są wyjątkowe? Czy nie podlegają tym samym zasadom? Nie da się ich podzielić na małe stopnie? NAPRAWDĘ?

Zapisz kartkę aż do samej góry. Rozplanuj kolejne kroki, tak żeby każdy był możliwy do zrobienia. Niech kolejne przejścia będą rozsądne, logiczne i w zasięgu Twoich możliwości.  Musisz być pewny każdego stopnia, za każdym razem potwierdzić sam przed sobą: czy to jest do zrobienia? TAK, to jest do zrobienia. W końcu dojdziesz na samą górę i wykonasz krok, który doprowadzi Cię – na razie na papierze – do Twojego celu. Skoro każdy krok po drodze – jak sam to ustaliłeś – był wykonalny, skrojony na Twoją miarę, przez Ciebie samego obmyślony, to czy Twój wielki cel jest do osiągnięcia?

Teraz Ty już też to wiesz. Dalej nie potrzebujesz mojej pomocy, masz już wszystko spisane na kartce.

Jeżeli komuś z Was przypadnie do gustu moja rada i zechciałby podzielić się zdjęciem swojej kartki, będzie mi bardzo miło.


poniedziałek, 15 czerwca 2015

Bieg Rzeźnika - relacja

Rozdział pierwszy

w którym wszystko się zaczyna zupełnie nie tak, jak powinno. Sprej mrozi za słabo i nie można znaleźć kluczy; dokonuje się również degustacji piwa – w tempie ekspresowym i pomijając niektóre aspekty; wreszcie docenia się aktywną regenerację i rozmaite metody autoterapii.

Każdą opowieść trzeba kiedyś zacząć. Chociaż od dawna marzę o UTMB, a moje przygotowania trwają wiele miesięcy, nie mogę przecież opowiedzieć wszystkiego od początku – głównie dlatego, że sporo już zapomniałem. Może w trakcie mi się przypomni?

W środku nocy wysiadam z autobusu w Komańczy. Jest bardzo chłodno, rozespane ciało sztywnieje z zimna, aż muszę wyciągnąć kurtkę. Bezchmurna noc przynosi nie tylko chłód: po raz pierwszy na starcie Biegu Rzeźnika widzę różowo-pomarańczową łunę przedświtu nad grzbietami gór. Wszystko dzieje się bardzo szybko. Z powodu robót drogowych autobusy dowiozły nas później niż zwykle, zegarek dziwnie długo szukał satelitów, nie zdążyłem się nawet porządnie zdenerwować nadchodzącą chwilą startu, a już palba ze strzelby kazała biec. No dobrze, to trochę za dużo powiedziane. W tłumie półtora tysiąca osób nie dało się biec przez dobre kilka minut. Potem należało się skupić nad tym, czego nie robić: nie nadrabiać straty ze startu, nie patrzeć na tempo, nie biec pod górę, nie dać się wciągnąć w nerwowość pierwszych kilometrów i nie przejmować się faktem, że tyle osób wyprzedza cię, a ty masz nieodparte wrażenie zostawania w tyle. To wszystko jedna mija wraz z końcem asfaltu i początkiem podejścia na Chryszczatą. Sznur biegaczy zwalnia i pokornieje. Przyszedł czas, by góra pokazała każdemu jego miejsce w szeregu.

Świat dookoła jaśnieje, a oczy zaczynają szukać znajomych miejsc. Cudne jeziorka Duszatyńskie ze szmaragdową wodą, cmentarzyk przed szczytem… Bardzo łatwo poczuć tę wyjątkową atmosferę Bieszczadów. Czuję wielkie podekscytowanie i radość – tym większe, że biegnę tu już trzeci raz i pamiętam z poprzednich lat, jakie wspaniałości czekają mnie na trasie. Tym bardziej muszę powstrzymywać się od forsowania tempa. Plany są precyzyjne: zacząć bardzo spokojnie i pierwsze dwa etapy pobiec nie szybciej niż rok temu. Potem, między Cisną a Smerekiem cierpliwie pracować i nie tracić czasu, a następnie… Złoić połoniny tak, żeby bolało. Co jakiś czas wymieniamy słówko z Szymonem, utwierdzając się w przekonaniu, że wszystko jest w porządku. Nagle na zbiegu Szymon przyspiesza mocno, leci szlakiem w dół jak wiatr. „No dobrze, jak się bawić, to się bawić” – myślę i rzucam się w pogoń. Mijamy dziesiątki biegaczy, czerpiąc ogromną frajdę ze zbiegu. Kolejne potwierdzenie, że jesteśmy w dobrej formie. Na przełęczy Żebrak nie jesteśmy zmęczeni i z animuszem rozpoczynamy kolejne podejście.

Małymi kęsami wcinam batona i popijam wodę. Na tym fragmencie trasy nie ma szczególnie porywających widoków, jest za to wygodny szlak, jak to się mówi „biegalny” – oznacza to, że charakter podłoża i stopień nachylenia szlaku pozwalają biec przez prawie cały czas – poza bardziej stromymi podejściami. Na jednym z nich źle stawiam prawą stopę na dużym kamieniu. Mięśnie uda nie mogą dobrze wykonać swojego zadania dźwignięcia ciała i część obciążenia przejmują jakieś struktury w stopie. Zabolało. „Oby nie było z tego problemu” – mówię do siebie i idę dalej. Myślę o kolejnych fragmentach trasy i o tym, jak mocno słońce da nam popalić na połoninach.

Zgodnie z zasadami dobrej literatury powinienem teraz poświęcić kilka chwil mniej lub bardziej ciekawym przemyśleniom, zanim przejdę do rzeczy; potrzymać czytelników w niepewności, zawiesić na chwilę relację z wyścigu i napisać coś o przygotowaniach, sprzęcie itp. Rzecz w tym, że to wszystko nie ma sensu, bo po prostu pół godziny później było po wszystkim. Noga bolała coraz mocniej, każdy większy ruch w płaszczyźnie grzbietowej pogarszał sprawę. Serce mi pękało, kiedy mówiłem do Szymona: „nic już z tego niestety nie będzie.” Do Cisnej zostało jakieś pięć kilometrów i były to najgorsze chwile w moim biegowym życiu, mimo wspaniałego wsparcia ze strony mijających mnie biegaczy.

Czułem ogromny smutek, żal, rozgoryczenie, wstyd. Zawiodłem siebie, zawiodłem wszystkich, a przede wszystkim zawiodłem Szymona. Pal licho kontuzję i jej wpływ na start w Lavaredo, myślałem tylko o tym, że zawiodłem przyjaciela. W każdym razie: bieg skończył się dla mnie w Cisnej. Zdjąłem chipa i numer startowy. Pokuśtykałem do punktu medycznego, gdzie zamrozili mi kostkę sprejem. Miałem ochotę poprosić, by zamrozili mnie całego, żeby tylko nie myśleć i nie czuć.
O wiele łatwiej byłoby mi przyjąć porażkę, gdyby biegł sam. Gdybym miał słabą formę. Gdyby międzyczasy były kiepskie. Gdyby pogoda była paskudna. Gdyby nie było tylu przyjaciół i znajomych na trasie. Wszystko jednak było niemalże idealnie poza tym jednym punkcikiem w ciele, który zechciał się zepsuć akurat w najmniej odpowiednim momencie.

Kilka dni później po urazie nie ma śladu. Ból sprzed tygodnia wydaje się nierealny, niemożliwy. Czary jakieś. Jednak żal pozostał – choć czuję zapał do treningów i swoje myśli kieruję już ku kolejnym wyzwaniom, to wiem, że zostawiłem w Bieszczadach niezałatwione sprawy i że muszę tam wrócić, żeby dokończyć dzieła. Do kolejnej edycji Biegu Rzeźnika został prawie cały rok, ale ja już teraz w swoim kalendarzu piątek po Bożym Ciele mam zarezerwowany: dla Szymona, dla błota, dla połonin i piwa w Ustrzykach.

***

Kiedy wróciłem do Poznania, zacząłem się poważnie przejmować, czy uraz uda się wyleczyć przed Lavaredo. Na dodatek Krzysiek Dołęgowski zamieszał mi w głowie swoim artykułem, w którym przekonuje o nieskuteczności powszechnie stosowanej terapii lodem. Miałem w głowie rady Sławka Marszałka, których udzielił mi przy okazji innych dolegliwości. W sytuacji, gdy wydawało mi się, że należałoby unieruchomić bolące miejsce i nie tykać go pod żadnym pozorem, Sławek – który sam ma na koncie wiele Rzeźnickich medali i kilka hardkorów w świetnym czasie – polecił mi masować i uciskać… Tak też zrobiłem. Masowałem, rozcierałem, poruszałem, uciskałem opuchnięta kostkę. Następnego dnia czułem wyraźną poprawę, mogłem (prawie) normalnie chodzić, a nieobciążona noga nie bolała wcale.

Choć nie było mi dane wyjść z Cisnej w kierunku Smereka, mogłem prześledzić każdy kilometr, poczuć trudy napierania przez skąpane w słońcu połoniny dzięki licznym relacjom w internecie. Przez kilka dni większość postów, jakie wyświetlały się na moim facebooku związane były z Bieszczadami właśnie. Gdybym chciał zapomnieć, nie myśleć o stracone szansie musiałbym się zakopać w jakiejś jamie, gdzie nie dochodziłoby światło i wifi. Zdjęcia i słowa – kipiące emocjami – trzymały mnie dobre kilka dni z daleka od domu, kilkaset kilometrów od dusznego miasta.

Dokładnie w tym samym czasie, kiedy na trasie Biegu Rzeźnika wiele drużyn przeżywało jedne z najintensywniejszych chwil swojego życia, ja siedziałem na ławie w pensjonacie Troll i robiłem coś zupełnie przeciwnego. Prysznic, czyste ubrania, pieniądze, łóżko, maść przeciwbólowa – wszystko to znajdowało się w naszym pokoju, którego drzwi były zamknięte na klucz, a ten spoczywał bezpiecznie w kieszeni mojego szwagra, Piotrka… gdzieś na Połoninie Wetlińskiej. Ciało, umysł, dusza – przez ostatnie godziny wszystko skupione było na biegu. Po jego przedwczesnym zakończeniu została ogromna pustka i nuda, a także chęć ucieczki. Piękna pogoda drażniła, serce gryzł robak zazdrości, bolało równie mocno, co kontuzjowana noga.  Kilkugodzinne oczekiwanie było wspaniałą lekcją pokory. Dzięki niej lepiej rozumiem, co to znaczy MÓC iść na trening, co to znaczy MIEĆ ZDROWE NOGI, co to znaczy BYĆ W STANIE kierować swoim życiem, wybierać szlak, którym się podąża.

W pewnym momencie trzeba było jednak zamknąć ten rozdział. Z wielką pomocą przyszło mi kilka buteleczek z ciemnego szkła, przywiezionych z Bieszczadów. Wielka Niedźwiedzica przywaliła mi kilka razy ciężką łapą w durny łeb i stała się ciemność.

Dygresja: jeden z moich znakomitych znajomych o wdzięcznej ksywie Piechu jest koneserem piwa i jego wielkim znawcą. Jego elaboraty na temat coraz to nowych gatunków, analizy piany, dogłębne niuchanie wszelkich aromatów wzbudzają mój wielki podziw. Degustacja tamtego wieczoru pomijała wiele z tych browarnianych aspektów. Zwracałem uwagę tylko na to, żeby dopasować otwór w butelce do otworu gębowego i w odpowiednim czasie zmienić szkło puste na pełne.

***

Piwna metoda autoterapii przyniosła dobry skutek, chociażby anestezjologiczny, podobnie wszelakie techniki manualnego znęcania się nad zepsutą kończyną. Przewóz jest naprawion.


Biorę głęboki wdech i unoszę głowę. Wzrok sięga daleko ku południu, gdzie w oddali majaczą niewyraźne jeszcze figury trzech włoskich sióstr.  

niedziela, 24 maja 2015

Ekonomika życia





Jednym z elementów naszej formy jest tzw. ekonomika biegu. Ogólnie rzecz ujmując chodzi o to, by ruch biegowy był swobodny, żeby nie napinać niepotrzebnie mięśni, które powinny być rozluźnione i nie marnować energii. Dzięki temu cały tlen dostarczany do organizmu trafia do mięśni napędzających nasze ciało i biegniemy tak szybko, jak to możliwe.

Podobnie można mówić o „ekonomice życia”. Wczoraj mogłem się przekonać, w jak głupi sposób marnuję czasami energię, „spalając” cenny życiowy tlen w emocjach i działaniach zupełnie bez sensu.

Wczoraj w Poznaniu odbywała się Poznańska Bimba, czyli miejski rajd przygodowy i gra miejska. Uczestnicy dostają na starcie mapę z zaznaczonymi punktami, na które trzeba dotrzeć biegiem lub komunikacja miejską i wykonać określone zadania, po czym spieszyć do kolejnego punktu. W ten sposób, od zadania do zadania, pokonuje się jakieś 30-40 kilometrów po mieście. Mieliśmy biec z Anią, ale okazało się, że tego dnia popołudnie i wieczór spędza w kościele, a więc nie starczy nam czasu. Zamiast tego wybraliśmy się od rana z dziećmi na Kids Run – imprezę biegową dla dzieciaków. Super sprawa, dziewczyny dzielnie biegały, wykonywały zadania sportowe, byliśmy z nich bardzo dumni. W drodze na bieg i z powrotem widziałem na ulicach biegaczy z mapą, biorących udział w Bimbie… Było mi żal, że nie mogę brać udział w zabawie. Czułem złość, smutek, rozgoryczenie, wiele razy w ciągu dnia wracałem myślą do „straconej szansy”. Mimo, że świetnie się bawiłem z rodzinką na Kids Run, gdzieś z tyłu głowy czaiły się negatywne emocje, oczywiście zupełnie niepotrzebne.

Zdałem sobie z tego ostatecznie sprawę w… pizzerii, kiedy czekaliśmy na pizzę (wiem, że to niezdrowe, dziękuję). Niegramotny Pan przyjmujący zamówienie, portfel w samochodzie, trzeba wracać, zamówienie w międzyczasie anulowane, znowu czekanie w kolejce, pizza ma być za 20 minut, po 30 nadal jej nie ma, Pan wyglądający jakby czekał z utęsknieniem, aż ktoś w końcu go stąd wykopie… Seria bezsensownych zdarzeń, sporo niepotrzebnych nerwów i w końcu jedyny słuszny wniosek, że to wszystko nie jest warte tych emocji, czasu, uwagi…

W tym miejscu powinienem zaproponować rozwiązanie, prawda? Skoro postawiłem diagnozę, że niepotrzebnie tracę energię na bzdury, to należałoby zaordynować odpowiednią kurację/rehabilitację. No cóż, chyba po prostu należy kierować uwagę na to, co ważne, starać się przywoływać w pamięci i utrwalać odpowiednie wzorce w taki bezpośredni, behawioralny sposób: kiedy uda się zrobić coś dobrze, pochwalić się, zapamiętać i przypomnieć sobie, kiedy bywa gorzej.

Dlatego też zamiast myśleć o straconej frajdzie biegu po mieście z mapą przypomniałem sobie bieg po Wielkopolskim Parku Narodowym sprzed kilku dni.



Zdałem sobie sprawę, jak wiele pozytywnych emocji przyniósł, jak wiele dobrego się wydarzyło.
Wstałem rano – to pierwszy plus. Uwielbiam to uczucie, gdy wychodzę wcześnie na trening w weekend. Wszyscy jeszcze śpią, ulice są puste, a przecież świat już tętni życiem. Nie trzeba nawet jechać do lasu, wystarczy stanąć pod najbliższym drzewem i posłuchać ptaków. Zdążyłem nawet rzucić okiem na mapę i zaplanować trasę po Wielkopolskim Parku Narodowym. Pojechaliśmy z Szymonem do WPN-u z zamiarem pokonania ok. 30 kilometrów trasą Forest Runu.

Spotkanie z przyjacielem – to kolejny plus. Rozmowy o wszystkim, wspólny trening, wspomnienie ubiegłorocznego Rzeźnika, którego przebiegliśmy wspólnie i nakręcanie się na powtórkę przygody już za dwa tygodnie! Dobrze jest posłuchać, co o bieganiu myśli ktoś inny, „nakarmić się” emocjami, pomysłami, refleksjami. Widok sarny śmigającej wśród drzew cieszy oczy, ale radość jest jeszcze większa, gdy można się tym widokiem z kimś podzielić. Podobnie z cudnymi, krętymi ścieżkami brzegiem jezior Dymaczewskiego i Góreckiego – uwielbiam tam biegać, a tym razem mogłem dodatkowo dzielić radość z kumplem.

Piękno przyrody – kolejny plus. Mieszkam w mieście, trenuję w mieście. Często szkoda mi czasu, żeby pojechać za miasto na trening. Czasami wydaje mi się nawet, że bieganie po asfalcie może być również fajne, co bieganie terenowe. Wystarczy jednak godzina w WPN—ie, żeby poustawiać priorytety. A jeśli masz jakiekolwiek wątpliwości, że bieganie w terenie to zupełnie inna bajka, daj mi znać. Zabiorę cię nad Jezioro Góreckie na czerwony szlak, który skradnie ci serce. Biegłem wąską ścieżką, mając po lewej stronie błyszczący błękit wody jeziora, nad sobą zielony sufit liści, spomiędzy których przezierało złote światło. Pijany wiosną i zapachem konwalii, które gęstym dywanem słały się po obu stronach ścieżki, biegłem z uśmiechem przyklejonym do paszczy. Tak. To są chwile, które warto przeżyć. To są chwile, które są dobre, które budują, które dają szczęście, które sprawiają, że człowiek staje się lepszy. Warto sobie przywoływać je w pamięci, gdy rzeczywistość skrzeczy.


Dobrej niedzieli.

wtorek, 19 maja 2015

Zimowe remire… renime… reminiscencje



Mój kolega Lucas Pawłowski właśnie zmaga się z Głównym Szlakiem Sudeckim (ponad 400 km), a ja śledząc jego poczynania wracam myślami do ZUK-a….

Chciałbym więc przypomnieć Wam filmik, jaki nakręciliśmy z Piotrkiem:

 
 
a o tym, że było super, świadczą też zdjęcia:







niedziela, 15 marca 2015

Pogaduchy

Rozmowa z kumplem-biegaczem




K: Siedzimy w górach i codziennie biegamy.
Ja: Leży jeszcze śnieg?
K: Jak tylko się ruszy ponad dolinę to jest śnieg.
Ja: A na Wielkanoc to nie będzie jedno wielkie BAGNO?
K: Mam nadzieję, że będzie.

:) #takimamyklimat #trailtostanumysłu

dla pierwszej osoby, która zgadnie, z kim gadałem, nagroda :)

środa, 25 lutego 2015

3 pytania do... Magdy Łaczak

Magda regularnie udowadnia, że w biegach ultra kobiety mogą rywalizować... źle powiedziane... skopać tyłek facetom. W swojej kategorii wygrywa regularnie najważniejsze biegi w Polsce - Bieg 7 Dolin, Bieg Ultra Granią Tatr... W zeszłym roku w Mistrzostwach Świata Skyrunning w Chamonix przybiegła tuż za dwiema największymi gwiazdami kobiecego ultra na świecie - Emelie Forsberg i Anną Frost. A co by było, gdyby Magda nie pomyliła trasy? Mam nadzieję, że przekonamy się o tym w rozpoczynającym się sezonie.










Tymczasem Magda Łączak, zawodniczka Team Salomon, odpowiedziała na nasze trzy pytania...


1 W górach znajduję...

...spokój i ciszę.

2. Biegam dystanse ultra, bo...

... zdążę sobie wiele spraw przemyśleć i poukładać, a priorytety nabierają wyraźniejszych barw.

3. Jeżeli w górach miałoby się spełnić jedno z moich marzeń, to byłby to...

...dom z ogrodem przy wodzie, gdzie spędzalibyśmy dużą część roku trenując i przyjmując przyjaciół.

 


sobota, 14 lutego 2015

Biegowe Walentynki

Północ, zaraz kładę się spać. Dzwoni telefon, to Grzesiek.
Krótka piłka: „jedziemy?” Jedziemy!
Drzemka, tak pro forma, żeby było, bo i tak wiadomo, że czasu nie wystarczy, by się wyspać.
Kilka godzin spędzonych w aucie, a potem ostra spina po lesie przy świetle czołówki, żeby zdążyć…
Dużo zachodu i czyste wariactwo, ale i tak warto było zrobić to wszystko dla widoku wchodu słońca w górach…
A pierwsza osoba, która wskaże, gdzieśmy się wybrali, dostanie książkę Juliana Goatera  „Sztuka szybszego biegania” i słodki upominek od Natural Born Runners, żeby się jeszcze milej czytało J






 

niedziela, 11 stycznia 2015

Styczniowe rozkminy

Nie mam ostatnio czasu na myślenie, a tym bardziej na pisanie. Zresztą: o czym tu pisać, skoro nic się nie wymyśliło?

Ostatnie 3 tygodniowe były bardzo średnie pod względem treningu. Najpierw przypętało się jakieś przeziębienie, były Święta – miało być więcej biegania, a było mniej – a potem znów jakaś infekcja… Dziś dla przykładu ustawiłem sobie budzik na 6:40, w planach było wybieganie z Łukaszem. Budzik zadzwonił, ale o 7:40. No cóż… poszedłem dalej spać, nie mając sił ni ochoty walczyć z okrutnym losem.

Tłumaczenie książki Hala Koernera idzie wolniej, niż zakładałem, ale powoli nabiera tempa – mam teżewe z poprzedniego roku – tam tez początek roku był średniawy. Dieta leży i kwiczy, waga pokazuje 81-82 kg.

W czasie okołoświątecznym miałem doskonałą okazję sprawdzić na sobie, jak działa chemia ze śmieciowego żarcia. W Wigilię wieczorem, po okresie Adwentowego postu słodyczowego, nafutrowałem się jak opos na zimę. W efekcie w Pierwsze Święto rano czułem się jak ZWŁOK: poziom histaminy w Himalajach, trudności z oddychaniem, tempo o 40-50s/km gorsze niż zwykle przy tej samej intensywności. Pierwsza godzina biegu była koszmarem, potem na szczęście jakoś się oczyściło, odbudowało… Ale wahania nastroju, zgony energetyczne, śpioch dopadający ok. 18-19, 
MA-SA-KRA!

Muszę zrobić detoks i przejść na dietę. PIRIOD.



Dzisiaj mimo rannych psikusów losu zebrałem się pod wieczór na trening. Pobiegłem na siłownię, by tam przekonać się jak dwa tygodnie bez żelastwa potrafią osłabić początkującego acz ambitnego forfitera, tfu, krosfitera. Wymęczyłem trening i pobiegłem do domu.

Droga powrotna okazała się wyzwaniem. Pełzam w kierunku legowiska ślimaczym tempem, a przed sobą spostrzegam SILNĄ GRUPĘ W STANIE WSKAZUJĄCYM NA SPOŻYCIE. Fak. No dobra, może przebiegnę na drugą stronę ulicy? Jadą samochody, nie da rady. Kolesi jest z ośmiu, zajmują całą szerokość drogi. Jeden staje, zaczyna ściągać/zakładać kurtkę czy coś, drugi kolega przystaje koło niego. Może nie zauważą. Jasssne. Obracają się w moją stronę, zaczynają naśladować ruchy biegowe. No dobra, parabiegowe. Wspaniale. Rozumiem, że w tej chwili bardziej przypominam naćpaną kaczkę próbującą tańczyć walca paryskiego (tak, wiem, że istnieje walc paryski, o to chodziło w żarcie) niż biegacza, ale litości, ja próbuję się dostać do domu…

Machają do mnie ręcami jak Wąski do Siary. Zatrzymuję się i słucham bełkotu, w którym nie rozpoznaję treści.

„No, spoko” – mówię. No spoko zawsze działa.

Kolega otwiera szeroko ramiona. Wiem, że w tej chwili waży się, czy dostanę lepę w ucho, czy mnie przytuli. „Chodź z nami na dziwki. No, chodż.” – słyszę. „Stary, biegnę do żony i do dzieciaków, dzięki.” – próbuję w ten deseń. Muszę wyważyć delikatną proporcję między elokwencją a jej brakiem.

„Ja też mam dzieci, dwójkę” – pojawia się argument. „Biegnę do żony, już dzwoniła, muszę się pospieszyć” – jestem konsekwentny. Drugi kolega wtóruje. „Ja też mam żonę, ale jest najgorsza. Idziemy do burdelu. Chodź z nami.” Pokazuje mi obrączkę. Pierwszy ziomek uderza z grubej rury: „Napijemy się whisky. No, co, ZE MNĄ SIĘ NIE NAPIJESZ?”. Łyski, grubo... Kurna, to się naprawdę dzieje! Zdanie-klucz, wytrych otwierający wszystkie drzwi do pijactwa.

„Nie, no, nie mogę, sorry. Wypiję Twoje zdrowie w domu.”

Posmutnieli. Widzę, że ich uraziłem. Przykro mi się zrobiło, ale co zrobić? Czekam na pokutę, jaką mi wymierzą. Byle nie po okularach.

„To biegnij dookoła!” – kolega zastępuje mi drogę i wskazuje kierunek, z którego przybiegłem. Tak sytuacja. „No, dobra, wszystkiego dobrego” – rzucam i wycofuję się powolutku.

„DOOKOŁA BIEGNIJ” – powtarza z naciskiem, jakby to była straszna klątwa.
Uśmiecham się, rzucam: „Trzymajcie się!” i biegnę z powrotem. No nic, nie było najgorzej, ale nie chciałbym ich spotkać, jak będą wracać.

DOOKOŁA BIEGNIJ. To chyba motto mojego życia, albo przynajmniej mojego biegania. 

BIEGNIJ DOOKOŁA. Będę o tym rozmyślał przed snem.


BIEGNIJ DOOKOŁA. Czego i Wam życzę. 

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Konkurs Noworoczny :)

Z okazji zbliżającego się Nowego Roku mam dla Was kolejny konkurs.

EDIT: ponieważ macie pewne problemy z odpowiedzią, podaję  podpowiedź: palma, szelma, szyszka. Do dzieła!

Nagrodami są... 3 niespodzianki :) Bardzo fajne, więc warto pogłówkować.

Na czym polega konkurs?

Obecnie jestem w trakcie przekładania na język polski książki o bieganiu, które ukaże się nakładem jednego z naszych wydawnictw, prawdopodobnie na wiosnę. Pytanie brzmi: co to za książka?



Im uważniej czytacie mojego bloga, tym większe macie szanse trafić z prawidłową odpowiedzią.
Oczywiście nigdzie nie pisałem o tym wprost, ale między wierszami można co nieco wyczytać.

Pierwsze 3 osoby, które podadzą prawidłową odpowiedź na jeden z poniższych sposobów:

- w komentarzu do wpisu na blogspot'cie,
- w komentarzu na fan page'u na facebooku,
- w wątku konkursowym na forum bieganie.pl,
- w prywatnej wiadomości do fan page'a albo do mnie na forum

otrzymają nagrody.

Jestem bardzo ciekawy, jak Wam pójdzie!

Do dzieła!

środa, 17 grudnia 2014

Konkurs świąteczny nr 3

Czołem!

Św. Mikołaj był ostatnio w Poznaniu i zostawił kolejny prezencik dla czytelników bloga.
Niezły z niego zgrywus, heheszek, urwipołeć, sam wymyślił zasady kolejnego konkursu:



Jak być może wiecie, Kilian Jornet jest teraz w Andach i przymierza się do bicia rekordu wejścia/zejścia na Aconcagua. Wczoraj był po raz pierwszy na szczycie:

https://www.facebook.com/video.php?v=881321858557126

Kto zgadnie datę i godzinę (czasu polskiego) zdobycia szczytu podczas udanej próby bicia rekordu, otrzyma ROCZNĄ PRENUMERATĘ CZASOPISMA BIEGOWEGO RUNTIMES.

Ale uwaga! Termin nadsyłania odpowiedzi upływa na dokładnie 24 godziny przed zdobyciem szczytu.

Tak sobie Święty wymyślił i tak będzie! Dajesz Kilianek!

czwartek, 11 grudnia 2014

Konkurs świąteczny nr 2

U-hu-ha! U-hu-ha! Idzie zima zła!



Zaczęło się poranne skrobanie szyb w aucie (o co wielkie pretensje ma troll młodszy, Kalinka, której podoba się, jak światło latarni prześwieca do środka samochodu przez mróz na szybach: "tata, chcę, żeby BŁYSZCZYŁO!") i zakładanie długich spodni na wybieganie.



Żeby umilić Wam mroźne dni oczekiwania na Święta, mam nowy konkurs. Nagrody ufundowało Squeezy, czyli specjalistyczna wyżerka dla biegacza. Zapraszam na stronę http://squeezy.com.pl/ , gdzie można sprawdzić, jakie to smakołyki możemy sobie zafundować pod pretekstem "treningu" ;)

Ponieważ nazwa Squeezy pochodzi od angielskiego słowa oznaczającego ściskanie, wyciskanie, dzisiejszy konkurs polega na kreatywnym uzupełnieniu luk (wykropkowanych) w poniższym zdaniu:

"Kiedy zima .............. ŚCISKA, .................................!"

Liczy się pomysł, dowcip, puenta, zaskoczenie, styl, wszystko. Na 3 zwycięzców czekają paczuszki pełne przysmaków: 


- 3x energy gel ( 3 smaki)
- 2x energy bar ( owocowy oraz cola/kofeina)
- 1x żelki energetyczne.

Werdykt wyda specjalne jury sformowane specjalnie na tę okazję :)



Na odpowiedzi czekam do poniedziałku, godzina 16:00.
Można je nadsyłać w komentarzu do wpisu na blogu blogspotowym, na wątku forumowym na bieganie.pl oraz w komentarzu do posta na facebooku.
Do dzieła!

piątek, 5 grudnia 2014

Ho, ho, ho! Konkurs świąteczny nr 1


Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Z tej okazji chciałbym co jakiś czas założyć czerwone ubranko oraz sztuczną brodę i zabawić się w Świętego Mikołaja, albo, jak to się u nas mówi, w Gwiazdora. Ubranka na tę chwilę nie muszę wypychać żadną poduszką, bo to, co naturalnie uzbierałem jesienią, zupełnie wystarczy… Warto byłoby jednak zadbać o to, by worek był pełen wspaniałych prezentów. W tym pomagają mi moi wspaniali partnerzy, za co im serdecznie dziękuję.



Nagrody do pierwszego konkursu ufundowało Wydawnictwo Buk Rower, w ofercie którego znajdziemy wiele interesujących książek o sporcie, diecie i motorach. Polecam samemu poszperać pod adresem: http://sklep.bukrower.pl/

Nagrodami są 3 książki: 2 x Dieta dla Aktywnych. Paleodieta oraz 1 x Triatlon. Biblia treningu.  
Konkurs polega na wytypowaniu czasu zwyciężczyni rywalizacji kobiet podczas rozgrywanego w ten weekend w San Francisco biegu The North Face EC 50 Mile rozgrywanego jutro, 6 grudnia. Czas należy podać w formacie HH:MM:SS. Zwycięzca będzie mógł wybrać sobie nagrodę, druga osoba również, o ile będzie z czego wybierać  ;

Odpowiedzi można nadsyłać jako komentarz do posta na blogu blogspot’owym, w komentarzach na facebooku, w prywatnej wiadomości na forum bieganie.pl oraz w odpowiedziach na posty konkursowe na tymże forum. Jeśli padną dwie zwycięskie odpowiedzi, decyduje zasada „kto pierwszy ten lepszy”. Czas na nadesłanie odpowiedzi macie do jutra do godz. 13:00.





Serdecznie zapraszam do przekazania rodzinie i znajomym i wzięcia udziału w konkursie! Powodzenia!

środa, 3 grudnia 2014

3 pytania do... Nikki Kimball

Tryumf w Western States 100 to jeden z najwspanialszych laurów zwycięstwa, jakie może odebrać biegacz górskich ultra. Nasz dzisiejszy gość zdobył go nie raz, nie dwa, ale trzy razy. A potem? Pojechał na Saharę, by wygrać osławiony Maraton Piasków. To Nikki Kimball, a rozmowa z nią to nie tylko wielki zaszczyt, ale również niewątpliwa przyjemność.

<for English see below>




1. W górach odnajduję...

pokój, radość i harmonię. Praca bywa stresująca. Podróże męczą. Kiedy jestem w domu, myślę o obowiązkach, które mnie czekają. Góry dają wolność od presji wywieranej przez nowoczesny świat. Czasami wykorzystuję czas w górach, żeby rozważyć problemy, z jakimi spotykam się w codziennym życiu. Rozmyślam o pacjencie, na którego nie działa leczenie, albo jak rozplanować pracę, pisanie, sport oraz życie osobiste, kiedy wciąż brakuje czasu. W górach mój umysł zyskuje jasność i kiedy tam biegam, często znajduję rozwiązanie dla problemów napotkanych w pracy lub w domu. Jednakże równie często (mam nadzieję, że nawet częściej) bieg przez góry jest moim odpoczynkiem od codzienności. Zaczynam zmęczona i wkurzona, a kończę w pełni sił, wesoła i kipiąca energią.

2. Biegam dystanse ultra, ponieważ...

...biegam ultra z tych samych powodów, dla których biegam w górach oraz dlatego, że mam żyłkę do rywalizacji, a brakuje mi szybkości, żeby ścigać się na 5 kilometrów. Innym powodem jest fakt, że ludzie związani z biegami ultra są inteligentni, zabawni, dbają o innych, a także mają poukładane życie poza sportem. To zabawne, że sport, który większość uważa za ekstremalny, przyciąga ludzi prowadzących bardzo wyważone, harmonijne, choć często skrajnie intensywne życie.

3. Gdyby w górach miało spełnić się jedno z moich marzeń, byłoby to...
...w górach często spełniają się moje marzenia. Nieważne, czy zjeżdżam na nartach nieznaną dotąd drogą, czy znajduję nową ścieżkę leśną łączącą dwa szlaki, góry pozostają tym miejscem, gdzie spełniają się moje marzenia. 


Win in Western States 100 is one of the greatest laurel wreaths a trail runner may seize. Our tonight's guest won it not once and not twice, but three time. And then went to scorch through the sands of Sahara and come top in the renowned Marathon Des Sables. It is Nikki Kimball, talking with whom is not only a true priviledge, but also a great pleasure.



1. in the mountains I find...
peace, joy and connection.  Work can be stressful.  Traveling can be tiresome.  Being home reminds me of tasks I should be doing.  The mountains provide freedom from modern stresses.  Sometimes I use my time in the mountains to mentally explore problems I face in the regular world: a patient who isn't responding to treatment or figuring out how to schedule work, writing, sports and a social life into too short a time span.  The mountains help me think clearly, and while running through them, I often solve the problems I face at work or home.  But just as often, hopefully more often, I run through the mountains as a vacation from my regular world.  I start my run tired and cranky, and finish refreshed, happy and energized.  


2. I run ultra distances because...
I run ultra for the same reason I run in the mountains.  And because I have a competitive nature but cannot run fast enough o be a 5k runner.  And because the people of ultra running are intelligent, fun, caring, and well accomplished in their lives outside the sport.  It's funny that a sport most people think of as extreme attracts people who have very balanced, if perhaps extremely busy, lives.


3. If I were to have one of my dreams fulfilled in the mountains, it would be...

My dreams come true on the mountain frequently.  Whether I'm skiing a line I've never skied before, or finding a better way to connect two trails in the woods, the mountains never fail to fulfill my dreams.



czwartek, 20 listopada 2014

Szczur

Często w życiu czuję się tak, jak podczas biegu na 5km. To znaczy: czuję, że zostaję w tyle. Doświadczam tego przedziwnego wrażenia, że nie wiadomo kiedy wszystko się zmieniło, A PRZECIEŻ UWAŻAŁEM?!

Czasami wykorzystuje się podobny motyw w filmach. Dajmy na to, że dziecko czeka w noc wigilijną, aż Święty Mikołaj wpadnie przez komin z worem podarunków. Smyk czeka, aż rodzice zasną, po czym na paluszkach przemyka do salonu i kryje się za fotelem taty. Stara się nie mrugać, żeby niczego nie przegapić. Co chwilę sprawdza elementy otoczenia: choinka jest, a pod nią sporo miejsca, nawet na największe pudła; na kominku talerz pełen ciastek, obok niego szklanka mleka; trochę siana dla reniferów; komin na pewno czysty i drożny, tata zapewniał, że tak… Nic, tylko czekać.

Mija godzina, a potem druga. Determinacja i skupienie brzdąca są tak wielkie i głębokie, że zaczynają wytwarzać własne pole grawitacyjne. Mniejsze sprzęty domowe drgają i z cichym szmerem suną po podłodze w stronę ciekawskiego urwipołcia. Oczy przymykają się na jedną chwilę, trzeba je natychmiast otworzyć!

I po sprawie. W powietrzu unosi się jeszcze pył z komina, za oknem słychać dzwonki sań, ale po Świętym ani widu, ani słychu. Prezenty pięknie leżą pod drzewkiem pachnącym zimą. Oburzenie, niedowierzanie, podziw – czy to poczciwy, gruby starzec z brodą czy ninja? W każdym razie można zwijać stanowisko obserwacyjne za fotelem i iść spać. Po drodze malec kradnie resztkę nadgryzionego ciastka. „Będzie na Mikołaja”, myśli. I dodaje cicho: „ho, ho, ho”.

Mam podobnie. Zamykam oczy, a gdy je ponownie otwieram, moda przeminęła i jest nowa, wczorajsze „fajnie” jest już dzisiaj passe, niedawny obciach jest bieżącym trendem. Gubię się trochę w tym wszystkim i już nie wiem, czy robię coś, bo chcę? Czy może dlatego, że jest modne i chcę być na czasie? A może kontestuję modę, ale czy wtedy nie staję się hipsterem albo innym dziwadłem? A może antycypuję zmianę tendencji i robię coś, co jutro powinno się okazać godne uznania?

Do niedawna (do wczoraj) myślałem, że modnie jest pobiegać sobie pół godzinki z endo w nowych najaczach i dobrych nausznikach. Wyglądać godnie, bez mokrych „zonków” pod pachami. Sądziłem, że w dobrym tonie jest lekceważyć swoje dokonania i odcinać się od napinaczy, biegowych ryb najeżek, chwalących się czasami i kilometrażem. „Taka tam przebieżka po lesie, sarnę widziałem, patrzyła na mnie, a ja na nią. Hemoglobina.” Albo „Pobiegłem w noc szukać wyników wyborów. Znalazłem niedopite piwo.”

A ja? Obok nurtu, w górę rzeki, płynę brzegiem, po swojemu, po głupiemu. Od dwóch miesięcy chodzę na siłownię. To znaczy do klubu fitness. To znaczy do box’a, tylko nie takiego sensu stricte, tylko takiego prawie, bo w klubie. To znaczy na siłowni. Robię, co trener mi kazał. To znaczy Krzysiek.

Jestem świadomy tego, że to się nazywa trening funkcjonalny. Taki trochę crossfit. Trochę ćwiczeń z taśmami TRX. Krzyki fitnessowej mody, podobno, jak się okazuje. Nie wiedziałem, kazał, to robię. I, o zgrozo, podoba mi się. Jak widać po powyższych paragrafach, nawet pisząc o treningu robię częstsze pauzy na zaczerpnięcie oddechu, którego notorycznie brakuje.

Ten trening ma rzecz jasna pomóc mi w przygotowaniach do biegów ultra w górach. Nie mam złudzeń i wiem, że jestem mięczakiem.  Dramatycznie brakuje mi siły i sprawności. Dlatego też chodzę i ćwiczę.

Wcale nie jest łatwo i nie mówię tylko o samych ćwiczeniach. Trafnie ujęto to zjawisko na jednym z obrazków, krążących w sieci: „listopad składa się z samych poniedziałków.” Trudno się pozbierać i wyjść na trening, kiedy po całym dniu pracy marzę tylko o kąpieli i łóżku, i nie mam zupełnie ochoty wyruszać w wieczorny chłód. Tak właśnie było we wtorek, na szczęście Ania była na posterunku i
werbalnie wykopała mnie za drzwi.

Po drodze chciało mi się rzygać. Autentycznie, przy wolnym wydawałoby się tempie miałem w głowie wizję miejskiego pawia, rozpościerającego ogon treści żołądkowych na środku Hetmańskiej. Ble. Jakoś dokulałem się do Fabryki. Fakkkk… tura, zmełłem w ustach księgowe (wszak to mój zawód) przekleństwo. Trening grupowy, czyli sprzęty i miejsce do ćwiczeń zajęte. Mając w pamięci ostatnie szperanie w necie, postanowiłem sklecić własnego WODa (Workout Of the Day, człowieku!).

Dobra.

20 jardów (ha, imperialnie!) wykroków z workiem pierdyliard lbs (o ileż lepiej to brzmi niż pół pierdyliarda kilo) i 10 podwójnych przysiadów: raz z podrzutem worka na klatę, dwa z wyciskaniem nad głowę. 5 serii. Sru.

Teraz ergometr. Tfu, wiosła. Odpalam swoją łódkę. „Gdy na morzu wielka burza…”, nucę w myślach. 10 minut. Przed oczami mam ćwiczącą grupę. Ćwiczą mocno, bez opierr… wiadomo. To ja też. Trochę czasami rozjeżdża mi się wizja z fonią, ale macham i macham, aż mija 10 minut. To teraz jeszcze coś.

Mam. 10 razy ugięcia przedramion, 15 razy wyskok z gryfem na barkach do przysiadu, 15 razy wyciskanie zza głowy stojąc. Bez przerw między ćwiczeniami, 3 serie. Dla porządku dodam, że chce mi się rzygać. Ale nie tylko to. W trakcie ostatniej serii mam wrażenie, że zaraz zjadę. Robię szybko kolejne powtórzenia, żeby tylko skończyć, zanim film mi się urwie. Uff… Zdążyłem.

W szatni poruszam się, jakbym pływał w basenie. Ciężko przedrzeć się przez ołowiane powietrze. Jakoś zbieram myśli i swoje rzeczy, po czym ruszam w kierunku domu. Po drodze chce mi się rzygać.

Wracam szczęśliwy. Chciało mi się rzygać, mdleć, rzucić wszystko w cholerę, czyli dobry trening, prawda? Tak autentycznie, wow, uszanowanko, potu tyle, siła mocno, brutalna prawda o samym sobie wow. Prawda?

Otóż okazuje się, że nie. Że teraz modnie jest rzygać, mdleć i nie wiadomo, co jeszcze. Rzucać mięsem, ciskać ciężary i czołgać się po treningu do domu. Że robią to wszyscy, wrzucają zapocone fotki, spamują setkami statusów o crossficie itd. Kurczę, znowu coś przegapiłem. Czyli wszystkie moje starania na nic? Czy jestem tylko szarym szczurem, który chce zostać napakowanym kangurem?



Pewnie tak. Niech będzie. W każdym razie spłodziłem swojego pierwszego WODa. Chciałem go nazwać „Mały Masochista”, ale niech zostanie „Szczur”.



środa, 29 października 2014

Rozmyślna bezmyślność

"Myślę, więc jestem", powiedział Kartezjusz. To było dawno, ale echo jeszcze wybrzmiewa.

"W mojej głowie kosmos" - śpiewa mi Kuba Badach do ucha.

Swego czasu uczyłem dzieci angielskiego. Miałem jedną grupę pierwszoklasistów - urocze małe gremliny. Pewnego dnia mała Matylda obraziła się na mnie i uciekła z sali. Oczywiście musiałem ją gonić, a kiedy wróciliśmy do klasy - wiadomo. Pandemonium ładne słowo, jak nazwa kwiatka. "Jaki miałaś bukiet w kościele?" "Ach, wiesz, taką cudną wiązankę z białych pandemonium..."

Profesor Noakes wykłada swoją teorię umysłu jako centralnego zarządcy, sterującego nami podczas wysiłku fizycznego. Wyłuszcza pojęcie granicy, po przekroczeniu której mózg zaczyna uruchamiać mechanizmy zapobiegania zapaści całego systemu. Granica jest położona tam, gdzie powinna być, a przynajmniej gdzie się nam wydaje, że być powinna. Nasze mniemanie o tym zmienia się jednak nieustannie, a więc i granica się przesuwa. Niby za nią tylko lwy i przepaście, a jednak skoro można ją negocjować, to znaczy, że istnieje pewien margines i dopiero za nim leży prawdziwa granica możliwości człowieka. Najlepsi potrafią ten margines zmniejszać i zmniejszać... Tchórze jak ja zostają w tyle nie dlatego, że nasze możliwości są mniejsze, ale dlatego, że granicę wyznaczyliśmy tam, gdzie jest jeszcze bezpiecznie.

Kiedy zbliżamy się do granicy, albo wręcz gdy probujemy ją przesunąć, centralny zarządca unosi się gniewem. Próbujemy go udobruchać, kierując jego uwagę ku innym sprawom. Strategie mamy różne, ale można je ukategoryzować, i tak:

asocjacja wewnętrzna kieruje myśli ku parametrom wlasnego ciała. Mierzymy tętno, badamy oddech, stopniujemy ból w mięśniach;

asocjacja zewnętrzna każe mózgowi wyglądać oznaczeń kolejnych kilometrów i spoglądać na zegarek wskazujący właściwe tempo;

dysocjacja wewnętrzna zarzuca umysł myślowym konfetti. Tu podrzuci jakąś idiotyczną piosenkę, tam mignie wspomnieniem z dawnych lat, kiedy mrugam powiekami, albo podsunie jakiś trudny problem do rozwiązania, np.: czy na obiad mam zjeść kurczaka, czy świnkę?

dysocjacja zewnętrzna wskazuje mózgowi elementy otoczenia, najczęściej co zgrabniejsze pupy biegaczek.

No dobrze, tylko moja walka wcale nie rozgrywa się NA treningu, a przed nim...

...wracamy do domu. ręce opadają zmęczone dźwiganiem bobasa, stęsknionego za tatą i udającego niemowlę: "Tata, jestem dzidziusiem. GU-GU-GA-GA!" Myślę o obiedzie, myślę o kąpieli, myślę o telewizorze i kolejnym odcinku powtarzanych po raz enty "Przyjaciół". Chcę posłuchać śmiesznostek z przedszkola, chcę poczytać książkę o kucykach z małym piecykiem wtulonym w mój bok, a najlepiej z dwoma, po jednym z każdej strony. zastane od jazdy autem mięśnie sztywnieją i bolą, w karku czuć stres całego dnia pracy i popołudniowych korków ulicznych.

"Idziesz na trening?" - pyta Ania.

asocjuję plecak. asocjuję reklamówkę z kuchni, do której asocjuję buty na zmianę. dysocjuję trud schylania się, żeby zawiązać buty. dysocjuję kanapę i winogrono w miseczce, którym zajadają się dwa małe makaki. asocjuję drzwi i schody. w drodze na siłownię dysocjuję kłucie chłodnego powietrza w płucach. w klubie asocjuję worki, czajniki, taśmy i sztangi. dysocjuję mdlenie, rzyganie i fakt, że koleżanka obok robi dwa razy więcej burpees niż ja.

asocjuję, że jeżeli się wezmę w garść, zdążę może dać buziaka na dobranoc goblinom.

zdążylem.

asocjuję zasypiające szczęście i miłość i wychodzę na paluszkach z pokoju.

asocjuję Chamonix.




wtorek, 21 października 2014

3 pytania do Roba Krara

<for English see below>

W kolejnym odcinku naszej serii na 3 (wciąż te same) pytania odpowiada Rob Krar. Rob wygrał w tym roku zarowno Leadville 100, rozsławione przez Chrisa McDougalla na łamach Urodzonych biegaczy, jak i Western States 100, czyli chyba najważniejszy z amerykańskich biegów 100-milowych.

Zdjęcia z archiwum Roba oraz dzięki uprzejmości wspaniałych fotografów:

Matta Trappe, Glenna Tachiyamy oraz Luisa Escobara. 

Gorąco zachęcam do tego, by odwiedzić ich strony oraz fanpage na facebooku, zdjęcia są naprawdę niesamowite.



fot. Matt Trappe

1. W górach znajduję...

...spokój i wyzwania.


fot. Luis Escobar

2. Biegam dystanse ultra ponieważ...

...wymagają zachowania delikatnej równowagi pomiędzy cierpliwością, pewnością siebie i rywalizacją. To świetna przygoda, zarówno podczas treningu, jak i na zawodach.


fot. Glenn Tachiyama


3. Jeżeli w górach miałoby się spełnić jedno z moich marzeń, byłoby to...

...porzucenie świata, na długi czas, dla podróżowania i trenowania w niesamowitej scenerii Alp, biegając od schronu do schronu.


fot. Matt Trappe

In today's Q&A we talk to Rob Krar, who won this year both Leadville 100 and Western States 100, two of the most prestigious and competitive U.S. 100-milers.

1. In the mountains I find... peace and adventure.
2. I run ultra distances because... the ultra distance requires a delicate balance between patience, confidence and competing. It’s a journey, both in training and racing.

3. If I were to have one of my dreams fulfilled in the mountains, it would be... to disconnect for an extended period of time, travelling and training along the incredible mountain hut system within the Alps.


niedziela, 5 października 2014

Bieg 7 Dolin - relacja

…i znowu dzwoni budzik  w środku nocy…

Wstaję po cichu i kieruję swe kroki do kuchni, gdzie leżą rzeczy uszykowane na bieg. Za mną na paluszkach przemyka Ania, która za godzinę po raz pierwszy ruszy nocą na szlak. Dzieciaki śpią w łózkach, zmęczone 10-godzinną podróżą samochodem. Może śni im się, jak mama i tata biegają po górach?

Sprawdzone ciuchy i plecak. Sprawdzone jedzenie. Wypracowana na poprzednich biegach rutyna. Tylko buty nowe, jeszcze „niedotarte” – mam nadzieję, że nie zawiodą. Zawiodła natomiast pamięć – w zamieszaniu przy odbiorze pakietów zapomnieliśmy o agrafkach i teraz przyklepujemy numer startowy przyklejony do spodni z pomocą naklejek na worki przepakowe… No cóż, może nie odleci? A może dopiero po godzinie-dwóch?

Nerwowy wieczór sprawił, że zapomniałem nie tylko o agrafkach. Nie wiem gdzie są przepaki i gdzie się oddaje (oddawało?) worki, więc rezygnuję z nich w ogóle. Decyduję, że będę dojadał na punktach, a jeśli buty jednak mnie zawiodą, Gruby Benek będzie sklepany jak Buma po Niemcu z komisu. Z drugiej strony ominęło mnie wiele z przedstartowego stresu, jako że te ostatnie kilka dni przed biegiem przejmowałem się bardziej pierwszą rodzinną wyprawą w góry niż czekającymi mnie zawodami.

A jest się czym przejmować. W ciągu lata okazało się, że od poprzedniego roku organizatorzy UTMB znowu podnieśli wymagania punktowe wobec kwalifikantów – trzeba mieć 8 punktów, a nie 7. Myślałem, że K-B-L da mi wymagają liczbę punktów, a tu niespodzianka: muszę ukończyć ostatni bieg sezonu. No dobrze.

Ania przypomina mi kilkakrotnie, żebym nie szalał, tylko biegł na ukończenie. Przyjdzie jeszcze czas na ściganie. Wiem, że ma rację i powinienem tak postąpić, nie jest to jednak łatwe. Poprzednie biegi nie poszły tak, jak sobie to wyobrażałem i chciałbym chociaż raz w roku dać czadu. „Zobaczymy jak będzie” – myślę sobie, uśmiechając się do Ani.

Widzę, że jest zdenerwowana. Czy poradzi sobie z bieganiem w terenie, z błotem, przewyższeniami? Czy da radę biec z czołówką po raz pierwszy w życiu? Czy sprosta kilku godzinom wysiłku – nigdy nie biegła więcej niż 3 godziny…

Do kuchni wkracza zaspany tata, który sam zaproponował, że wstanie w nocy i zawiezie nas na start. Kochany! Czas się zbierać. Na krynicki deptak docieramy na 3 minuty przed startem. Nie ma mowy o rozgrzewce, rozmowie, ostatnich radach. Krótki buziak na drogę i już przepycham się przez tłum biegaczy, starając się zająć miejsce bliżej bramy startowej. Ledwo zdążyłem odpalić Ambita i pomodlić się, już się zaczęło.

Szybko. No cóż, muszę się uwijać. Krzysiek radził, żebym postarał się nie utknąć w tłumie, bo potem stanę w korku na pierwszym zbiegu. Krótki kawałeczek asfaltu i już jesteśmy na szlaku. Bieg 7 Dolin nie ma kilkukilometrowej rozbiegówki asfaltem, na której wąż zawodników mógłby odpowiednio rozciągnąć się i schudnąć, dając biegaczom odpowiednią ilość miejsca. Na pierwszym podejściu jest gorąco, w przenośni i dosłownie. Ludzie przepychają się, w milczeniu torują sobie drogę. Ustępuję grzecznie. Zdejmuję wiatrówkę i koszulkę z długim rękawem – niepotrzebnie zabrałem tę ostatnią, jest o wiele cieplej, niż mi się wydawało. Cały bieg spędzę jednak w krótkim rękawku.

Idę pod Jaworzynę i dziwię się niepomiernie. Po pierwsze, to nie szlak, to jakaś autostrada, Za szeroko, za równo, za płasko. Po drugie, wciąż wyprzedzają mnie ludzie. Tłumaczę sobie, że to biegacze na 33 i 66 km. W przeciwnym razie, jak tak dalej pójdzie, skończę bieg na szarym końcu.
Dziwię się także na to, co słyszę i widzę. Co chwilę ktoś utyskuje, że ciężko. Na zbiegu narzekają na błoto. Jakie błoto, szlak jest prawie zupełnie suchy! Przy stacji narciarskiej na Jaworzynie myślę sobie: „to już?”. Niemożliwe, tak łatwo poszło? A jednak, przed nami zbieg. Biegnę lekko, spokojnie, luźno. Pozwalam się wyprzedzać, staram się nie tracić sił.

Mimo, że pod względem fizycznym czuję się nadzwyczaj dobrze, psychicznie nie jest tak wesoło. Nie chce mi się biec, jestem zmęczony nocą, zbyt licznym towarzystwem i sam nie wiem czym jeszcze. Zwykle na tym etapie biegu kipię energią i humorem, tym razem tego ostatniego mi brakuje. Byle do świtu, powtarzam sobie w myślach.

W końcu nadchodzi dzień, który wita biegaczy przy schronisku na Hali Łabowskiej. Nie potrafię się cieszyć widokiem. Wpatruję się z niemym zdumieniem w sterty plastikowych kubków porozrzucanych dookoła. Wszędzie śmieci. Nawet kilkadziesiąt metrów za schroniskiem: na szlaku leżą zużyte kubki, opakowania po żelach i batonach, nawet półlitrowe butelki wody rozdawane na punktach. Niewiarygodne i smutne. Staram się za dużo nie myśleć, bo nie lubię źle myśleć o innych.
Myślę o Ani. Jak jej tam idzie? Czy buty dają radę? Czy nie zgubiła numeru? Wyciągam telefon, żeby napisać jej jakiegoś motywującego smsa, a tam wiadomość:

„20 km. moc!”

Dalej biegnę z uśmiechem.

Troszkę błota przed Rytrem wprowadza mnie w jeszcze lepszy nastrój, kilka uślizgów podnosi poziom adrenaliny. Na asfalcie biegnę przez kilka chwil z kolegą, z którym będę się mijał na trasie przez kolejnych ładnych kilka godzin. Dużo tego asfaltu, chcę już ten punkt! W butach mam sporo piachu, coś tam przeszkadza, muszę je na chwilę zdjąć. Poprawiany niezliczoną liczbę razy numer prawie zupełnie odpadł od spodenek. W głowie już mam plan, jak rozwiązać ten problem. Patrzę na zegarek i konfrontuję czas z rozpiską. Jest dobrze!

Rytro.

Wypijam na miejscu pół litra Muszynianki i decyduję się nie uzupełniać wody w bukłaku, mam jej jeszcze sporo. Zjadam kabanosa i zdejmuję buty. Coś już tam lekko pobolewa, ale tylko otrzepuję skarpety z piachu i trawy i zakładam buty, mocniej je sznurując. Numer startowy mocuję do plecaka, wykorzystując sznurki przy zamkach błyskawicznych na kieszonkach z tyłu. Pasuje idealnie! Super, problem z głowy.

Pytam wolontariuszy gdzie jest następny punkt. Nie wiedzą. Aha. No trudno, jakoś sobie poradzę.
Po jakimś kwadransie szutrowej drogi trasa zbacza na ścieżkę wiodącą stromo w górę, ku Radziejowej. Wyszło słońce i zaczęło grzać. Chce mi się pić tym bardziej, że słony kabanos wzmógł pragnienie. Ciężko. Stromo. Wyprzedzają mnie. Tempo mocno spada. Zaczynam oszczędzać wodę.
Kolejna godzina czy dwie mijają nie wiadomo kiedy. Nie pamiętam obrazów ani wrażeń. Jest nijako. Nie chce mi się jeść ani biec. Pić – owszem, ale niekoniecznie gazowanej Muszynianki… No nic, nie ogarnąłem przepaków, więc jestem skazany na to, co nam przygotowali organizatorzy.

Nadzieję na odbudowanie nastroju i sił wiążę z punktem przy schronisku na Przehybie. Piję dużo i uzupełniam bukłak do pełna. Rozciągam się lekko i idę dalej. Wzdycham ciężko spojrzawszy na rozpiskę międzyczasów - mam niezłą obsuwę. To jednak dopiero pierwsza połowa biegu i nie ma co się przejmować. Staram się podzielić dystans pozostały do Piwnicznej na kilka mniejszych etapów. Na Radziejową. Na Eliaszówkę. Do Piwnicznej.

Zadanie na pierwszy etap: zatrzymać dalszy spadek tempa. Staram się maszerować energicznej. Wielką dawkę mocy dają mi smsy od Szymona. No i ten od Ani:

„5:20 meta. Ale zabawa!”

Wow. Odpisuję wyrażając mój zachwyt w prostych niecenzuralnych słowach i chwalę się kolegom dookoła.

 I znowu godzina czy dwie, jak to się mówi, „bez historii”. Tempo słabe, słabo też z jedzeniem. 
Pełznę w trybie oszczędzania energii.

Ożywiam się na zejściu do Piwnicznej. Trasa prowadzi górskim grzbietem, po obu stronach którego rozciągają się piękne panoramy. Pogoda dopisuje, widoczność również, dzięki czemu mogę podziwiać pasma gór na kolejnych planach. Droga biegnie między gospodarstwami: tu starsza Pani siedzi na ganku, tam gospodarz stoi przy płocie i pozdrawia biegaczy. Cudowny sielski obrazek. Tu czas płynie inaczej…

W Piwnicznej trzeba przejść przez ulicę, żeby dotrzeć do punktu odżywczego. Straż graniczna zatrzymuje ruch, żebyśmy mogli przedostać się na drugą stronę. Pokazują którędy mamy biec, uśmiechają się, dodają otuchy. Jestem im bardzo wdzięczny za te gesty przyjaźni. W takich sytuacjach zawsze proszę Pana Boga, by błogosławił tym dobrym ludziom, żeby pomógł im rozwiązać jakiś problem, dał dobry humor…

Na punkcie – szpital polowy. Ci, którzy tu mają metę, leżą i całym sobą manifestują niechęć do jakiegokolwiek ruchu. Inni, którzy muszą iść dalej, mają nietęgie miny. Ciężko im się zebrać do biegu. Wiem, że każda minuta spędzona na przepaku potęguje to uczucie, dlatego proszę młodych ludzi, którzy siedzą koło mnie, by pomogli mi napełnić bukłak, piję i ruszam dalej.

Wchodzę na chwilę na facebooka, żeby napisać do przyjaciół, że wyszedłem z Piwnicznej. Widzę wiadomość od Roba Krara:

„Co tam?” – pewnie odpisał na to, jak go zagadałem… ładne kilka dni temu.
Odpisuję: „Stary, właśnie biegnę na 100 km”
I czytam w odpowiedzi: „To fajnie. Odłoż ten telefon, dupa w troki i napieraj!”

No cóż, skoro Rob każe, Kuba musi.
A nie jest wcale łatwo…

Bardzo ostre podejście drogą, w pełnym słońcu, potem kamienisty zbieg. Na dole niewesoło, bo przed nami widać kolejny grzbiet na który musimy się wspiąć. Drogę widać świetnie, ponieważ prawie nic jej nie osłania. „Napieraj!” słyszę Roba w głowie.

Nie jest łatwo. Mijam kolejnych uczestników, którzy zatrzymują się, ugotowani. Każdy krok oznacza hektolitry potu i falę gorąca zalewająca ciało i umysł. Wielu się poddaje. Zalegają w rowie, krzaczorach, leżą i dyszą. Dzwonią do bliskich i łamiącym głosem przekazują im złe wieści. Schodzą do Piwnicznej. To droga śmierci.

Staram się nie patrzeć, nie słuchać i nie myśleć o niczym więcej niż o kolejnym kroku. Noga za nogą, metr po metrze wdrapuję się na stromiznę. Przeliczam po raz kolejny międzyczasy i wychodzi mi na to, że będę walczył o to, by zmieścić się w limicie czasu. Cholera. Nie ma mowy o biegu, wszystko w środku mi się trzęsie, jakby poluzowały się śruby, również w mózgu, bo jestem otępiały i zniechęcony.

Modlę się.

Panie Boże, zabierz to słońce. Ojcze Nasz, Zdrowaś Mario, Aniele Boży… Żelazny zestaw towarzyszący mi od 30 lat. Musi zadziałać.

Kwadrans później pierwsza kropla uderza mnie w twarz. Po kilku minutach pada na całego. Chłodny deszcz przywraca mi jasność umysłu. Dzwonię do Ani i proszę, żeby sprawdziła, czy przed metą jest jeszcze jakieś miejsce, gdzie trasę biegu przecina asfaltowa droga i można tam dojechać. Po chwili Ania oddzwania: Wierchomla! Proszę, by tata przywiózł mi dwa litry coli. Nie, nie proszę, błagam.
Tata mówi, że postara się zdążyć. Idę popychany nadzieją na ratunek. Schodzę do Wierchomli i wlokę się noga za nogą asfaltówką, obracając głowę za każdym razem, gdy słyszę za plecami warkot silnika. Wreszcie są. Ania z tatą! Kilka słów, nieważne jakich. Jest w nich troska, niepokój, miłość. Litr w rękę, litr do plecaka. Do mety.

Pierwszy litr obalam jeszcze przed wyciągiem. W międzyczasie mijam punkt kontrolny, na którym kilkadziesiąt osób odpoczywa w najlepsze. Na co wyczekacie?! Wstawać i biec!!! Z ust dobywa się ledwie szept.

Na podejściu kofeina i cukier zaczynają działać. Szykuję się na ostry zbieg – kolega, z którym maszerowałem przed chwilą mówił, że jest straszny, gorszy niż podejście. Okazuje się to wierutną bzdurą. Zbieg jest łagodny, a kamienie ktoś uprzejmie stępił. Wyprzedzam. Wyprzedzam!
Potem znowu w górę. Delikatnie, szeroko, wygodnie. To nie żaden szlak, tylko jakaś pieprzona autostrada. Wstyd nie biec. Nie biegnę, boli, kolka. Wyciągam drugą butelkę.

Przeliczam, wciąż przeliczam, jak mały komputerek. Jak księgowy. Ostatnia godzina zmieniła obraz rzeczy. Temperatura spadła, słońce skryło się za chmurami. Cola zdziałała cuda. Może by tak powalczyć o 16 godzin?

Patrzę na profil trasy i przeliczam. Od Bacówki zostaje 12 km. 3 w górę i 9 w dół. Ok. Do punktu muszę opróżnić flachę i zebrać się w garść. A potem… Mam zamiar się zniszczyć.
Tutaj też piknik. A ja nie czuję potrzeby, żeby się zatrzymywać. Własnie wypiłem kolejny litr coli, mam jeszcze wodę w plecaku i jedzenie, nie chce mi się pić, jeść, tylko biec. W ciągu sekundy poprawiam lokatę o 20 miejsc.

Wpada mi do głowy pomysł. Policzę ile osób uda mi się wyprzedzić do mety.

Zaczynam namierzanie: w zasięgu wzroku 3 kolesi, idą dość żwawo. Nie dość. Ja napieram pod górę po 8 z hakiem. Ostro. 1, 2, 3, a potem niedługo 4 i 5. Któryś z nich próbuje się utrzymać, bo słyszę przez chwilę dyszenie za plecami. Tylko przez chwilę.
6, 7, 8, 9. Odliczam czas rywalami, których zostawiłem w tyle. Z każdego wysysam energię i adrenalinę. 10! Kiedy szlak zacznie biec w dół? Nie mogę doczekać się biegu, truchtam nerwowo na zmianę z forsownym marszem. 11, 12, 13!

I zaczyna się zbieg. 14, 15.Pumy wysuwają naostrzone pazury. 16, 17, 18, 19. Czepiają się każdego korzenia, wbijają pazury nawet w kamień. 20, 21. Chlapią błotem na wszystkie strony. 22, 23, 24, 25, 26.

Wszystko się we mnie śmieje. Nie czuję zmęczenia ani bólu. Biegnę jak dziki, cztery z hakiem na minutę. Niektórzy z wyprzedzanych patrzą na mnie z niedowierzaniem, inni z zazdrością, inni jeszcze  - jak na debila. 27, 28, 29, 30.

Widzę przed sobą jakiegoś charta. Nie chce dać się dogonić. Ok. 31, 32. Wymijam przebiegając przez kałuże, albo bokiem, lasem, między drzewami. 33. Kurde, szybki jest. Jak na górską setkę, rzecz jasna. 34, 35. Jest mój, już siedze na jego plecach. Kilka głębszych oddechów i rura. 36.
Niech to się nie kończy. Niech za każdym zakrętem będzie przynajmniej jeszcze jeden. 37, 38, 39, 40.

Małe zamieszanie w miejscu rozwidlenia szlaków. Taśmy prowadza w obie strony, wybieram intuicyjnie kierunek, oby okazał się dobry. 41, 42, 43, 44. Kolega przede mną krzyczy, że na pewno jest ok. Dzięki, numerze 45.

Na kilometr przed meta niespodzianka. Kilkadziesiąt zwalonych drzew w poprzek szlaku. Grrrr…  trzeba przez nie przejść. W oddali słychać odgłosy mety. 46. Wreszcie mogę znowu biec, więc pędzę jak wiatr. 47.

Nagle szlak się urywa i jestem w Krynicy. „300 metrów” – krzyczą. Kto? Nie mam pojęcia. Widzę tylko 3 biegaczy przede mną, falangą zasłaniających metę. Kątem oka zauważam tatę, wydaję jakiś ryk w jego kierunku i przestaję oddychać. 48, 49, 50.
Sprint deptakiem. Meta.


Siadam na bruku i śmieję się jak głupi do sera. To była najpiękniejsza godzina w górach w całym moim życiu.