head

head

niedziela, 17 listopada 2013

Kosiaputka i Bjorn

Co rok ta sama heca – jakby powiedział Sid Leniwiec. Przychodzi jesień a wraz z nią jesienne przesilenie. Liśćmi z drzew opada mój entuzjazm. Wiadomości radiowe sprzed kilku dni uświadomiły mi, że tatrzańskie świstaki ułożyły się już do snu zimowego. Mam ochotę zrobić to samo.

Często mam wrażenie, że w moim ciele ukryte są baterie słoneczne. Duża ilość światła daje mi siłę i radość, rozjaśnia umysł i leczy choroby ciała. Kiedy natomiast dni stają się krótsze, zziębnięte słońce przykrywa się kołdrą chmur a kolory uciekają na skrzydłach ptaków do ciepłych krajów, gdzieś w środku pojawia się narastająca potrzeba zagrzebania się w jakiejś norze i pozostania tam do wiosny.

Zmieniają się upodobania żywieniowe: duży kubek ciepłej kawy i pół kilo Michałków jawią się jako idealne śniadanie… Obiad i kolacja zresztą też. Ranne wstawanie gdy ciemno na dworze jest walką na śmierć i życie. Stosunek do świata również się zmienia: trzymam innych na większy dystans, mniej się uśmiecham, zamiast pośród ludzi wolę przebywać w towarzystwie własnym i moich najbliższych.

Zmienia się wszystko, nawet sposób w jaki myślę i w jaki formułuję myśli w języku. Staję się poetycki i wielokrotnie złożony. Żeby to chociaż była dobra poezja… No cóż, różni ludzie mają różne talenty, może kiedyś odkryję swoje.

W każdym razie, by poradzić sobie z niekomfortową sytuacją, przychodzi konieczność poczynienia jakichś zmian, określenia się po którejś stronie. Ano właśnie, strony są dwie. Jak w animowanej bajce jawią się jako dwa chochliki, które puff! pojawiają się nad ramieniem i szepczą do ucha. Wzajemnie przekomarzają się  i walczą o moją uwagę. Pora ich przedstawić.

Pierwszy z naszych bohaterów to Kosiaputka. Imię pochodzi od mojej starszej córki Emilki, która, demonstrując cudny przykład substytucji głoskowej, ukuła to imię ze słów Kotka Pusia. Kosiaputka jest rzecz jasna kotkiem, w dobie internetów chciałoby się rzecz kotałkiem. Cudnym kociakiem, mięciutkim jak kołderka i poduszka. Uwielbia wygrzewać się w ciepełku, objadać się wieczorami i oglądać romantyczne komedie. Dźwięk nazwisk takich jak Meg Ryan czy Hugh Grant powoduje głośne mruczenie, silnik Diesla 1,4. Niewielki ale ekonomiczny, po odpaleniu i zatankowaniu lodami tiramisu może jechać aż do wiosny.
Kosiaputka lubi deszcz. Uwielbia go obserwować siedząc na parapecie okna i sącząc kakao z niemal litrowego kubka. Kosiaputka lubi zimno i wiatr, im silniejsze, tym milej jest jej się opatulić w kocyk i szczerze współczuć wszystkim tym, którzy szczękają zębami na dworze podczas gdy ona grzeje się żarem piekarnika, w którym dochodzą bananowe muffinki lub czekoladowe fondanty. Taka już jest –jak poprzednie zdanie – wielokrotnie złożona.

Kosiaputka demonstruje swoje hedonistyczne usposobienie, lekceważąc moje plany treningowe. Zasypia na książce Kiliana, nie pozwalając mi czerpać z niej motywacji. Podrze papierowe Bieganie z planem na złamanie trójki. Bawi się rękawiczkami i gubi je w zakamarkach mieszkania, do których nie dotarłem jeszcze nigdy, nawet odkurzaczem. Przy tym wszystkim jest niebywale wręcz urocza i przekonująca – aż chce się ją wziąć na kolana na dwugodzinne wygłaskanie. Przy Joshu Grobanie.





Gdy resztkami zmaltretowanej przez kotałka woli zbieram się do wyjścia patrzy na mnie drwiąco jakby mówiła: „to co tam dzisiaj biegasz? Interwały? I myślisz, że nie wysiądziesz w połowie trzeciego? Hm…” Chochlik ten brzydzi się wysiłkiem, potem i zmęczeniem. Zostawia je psom, którymi, mówiąc bez ogródek, gardzi. Gdyby jej pogarda miała fizyczną postać, byłaby tak ciężka, że wessałaby każdą czarną dziurę. Tak też i ja ciążę w kierunku Kosiaputki, patrząc w jej oczy a w tle słychać: Hathor, hathor, hathor…
Z dźwiękiem gromu, pośród błyskawic nad drugim ramieniem pojawia się adwersarz Kosiaputki: Bjorn. Bjorn jest wikingiem – ma hełm z rogami, brodę, topór i tubalny śmiech. Nie boi się niczego i nikogo… No, może poza Thorem i własną żoną, Anną Marią; na marginesie, niekoniecznie w tej kolejności. Bjorn jest 100% facetem, kipiącym testosteronem i witalną siłą. Lubi biegać i skakać, na skręcenie karku, rzecz jasna cudzego. Wyraża się zwięźle i jasno: rusz tyłek. Nie zawracaj głowy. Weź się w garść. Idź biegać. Co? Oczywiście, że w kolczudze. Nie masz? Idź nago.

Słucha heavy metalu i ciągle okupuje Playstation. Na szczęście gra swoim padem – wykutym własnoręcznie w kuźni. Lubi zwierzęta, najbardziej te dobrze wypieczone. Jest świetnym kompanem ale też wymagającym: lenistwo, pobłażanie sobie, obniżanie poprzeczki działa na niego jak płachta na byka. On nie szepcze do ucha – on wali w nie obuchem topora i wrzeszczy jakby przekrzykiwał morski sztorm.



Miałem napisane jeszcze cztery akapity o Bjornie, który wbrew pozorom nie jest prostakiem i można o nim rozmawiać godzinami… Skasował je w okamgnieniu, kiedy zerknąłem by spojrzeć jak się skończy „Starcie tytanów” w TV – oczywiście on wybierał program. No cóż, Bjorn jaki jest każdy widzi.

Każdej jesieni oba chochliki atakują mnie bezlitośnie. Dla zachowania zmysłów i zdrowia psychicznego muszę któregoś wybrać. Wychodzę na trening.

Biegnę do lasu. Kosiaputka, choć nie lubi zmęczenia, jest w stanie zaakceptować spokojne wybiegania, szczególnie te długie i bez celu. Czy to jej ulegnę? W lesie cisza, chyba chłód wypłoszył innych biegaczy. Przypominam sobie, jak w tym samym lesie jednej zimy kilka saren przebiegło mi drogę tak blisko, że niemal mogłem usłyszeć ich przyspieszony oddech. Potem biegły ze mną kilkaset metrów by jeszcze raz przebiec przez drogę i zniknąć w lesie. Przyspieszam. Serce również. Bije mocno, tłocząc życie w moje żyły. Nie biegnę szybko – nie potrafię. Biegnę z całych sił. Pod stopami chrzęszczą liście. Skręcam w mniej uczęszczaną ścieżkę. Nie słyszę odgłosów miasta, staję się jednym z otaczającą mnie przyrodą. Zbliżenie jest tak namacalne, intymne. Taa…

Stopa zawadza o korzeń, tracę równowagę i wykładam się jak długi. W zębach smak ziemi, boli stłuczone biodro, pieką otarte dłonie. Serce wali jak szalone. Mózg płonie ze wstydu ale nie od dziś wiadomo, że nie jest on najlepiej funkcjonującym organem mojego ciała; po chwili zresztą uspokaja się, jako że nie ma świadków mojego upadku.

A jednak. Jeden jest.

Sarna stoi pośród zarośli. Nie mam pojęcia dlaczego nie ucieka. Patrzy na mnie dziwnie. Spodziewam się, ze zaraz pojawi się tajemnicza postać, która rzeknie:

Ja jestem Hern Myśliwy, a ty jesteś liściem niesionym przez wiatr.



Nic takiego się nie dzieje. Sarna unosi nieco łeb, po czym mówi:

Co ty robisz z nosem w ziemi chłopcze? Szukasz grzybów?

Wiem już kogo posłucham. Wracam do domu. Od progu witam Bjorna słowami: Masz ochotę na pasztet z kota?

Kosiaputka nie docenia przedniego żartu ale wie dokładnie co on oznacza. Prycha wzgardliwie i prężąc grzbiet odchodzi niespiesznie by skryć się w jakimś zakamarku. Tam będzie czekać na kolejną szansę. I tylko czasem, gdy obudzę się w nocy, w nogach łóżka zobaczę jak dwa małe błyszczące punkciki wpatrują się we mnie, odbijając światło księżyca…

Teraz jednak myślę o czym innym. Bjorn, choć mówiłem mu tysiąc razy by tego nie robił, rzuca sztangę na ziemię z szelmowskim uśmiechem. Świetnie, sąsiadka z dołu pomyśli, że Niemcy znowu atakują. Rozumiemy się bez słów. Po skończonym treningu czas na odpoczynek. Bjorn podaje mi z lodówki Fortunę i mówi, że zaraz będzie pizza. Jak znam życie, Rzeźnicka.


Wiem, że dobrze wybrałem.

wtorek, 29 października 2013

Test Inov8 Mudclaw 265

Ulewny deszcz wściekle siekący dach i potężne grzmoty wywracające wnętrzności na lewą stronę niczym basy w aucie stuningowanym w warsztacie jakiegoś czarta nie dawały zbyt wiele nadziei. Leżałem opatulony śpiworem pośrodku nocy odliczając bezsenne minuty do startu Chudego Wawrzyńca. Nie wiem co bardziej przeszkadzało mi spać – pandemonium za oknem czy to w mikroskali, w mojej głowie. Burza i myśli uspokoiły się w końcu. Stojąc na rynku w Rajczy wiedziałem, że nie będzie łatwo. Umysł szukał otuchy i pocieszenia. Jedna z myśli brzmiała: „przynajmniej będzie porządny test dla butów”. I tak właśnie było – Inov8 Mudclaw 265 przetestowałem dość solidnie a ostatni sprawdzian miał miejsce na 85km szlaków Beskidu Żywieckiego.
1.jpg


buty mogłem testować dzięki uprzejmości Krzyśka Dołęgowskiego i firmy Inov8
 
Kilka kilogramów błota wcześniej wyjąłem dziewicze jeszcze buty z pudełka, pierwsza myśl – hardkor. To nie jest hybryda do wszystkiego, to nie jest popularne obecnie obuwie door-to-trail. Prawie centymetrowe zęby szczerzyły się do mnie w grymasie, który tylko połowicznie przypominał uśmiech. Całe szczęście, że są gumowe, inaczej można byłoby się przestraszyć.

Ze mną można tylko pójść na wrzosowisko. I zapomnieć wszystko.
Przyjrzyjmy się temu co o Szponach mówi producent. Ilość amortyzacji – jedna strzałka, co oznacza, że należą do grupy najmniej amortyzowanych butów w ofercie Inov8. Po założeniu na stopę czuć, że jest dość twardo. Piszę „dość” ponieważ na co dzień biegam prawie wyłącznie w mało amortyzowanych butach i pod tym względem Mudclaw nie robi na mnie wrażenia. Nie jest to twarda deska bez jakiejkolwiek amortyzacji ale z drugiej strony jest jej po prostu niewiele. Dalej: kopyto, na którym wykonano but to ‘Precision Last’ – jak głosi opis, but przylega ściśle do stopy, poprawiając kontrolę w trudnym terenie. Faktycznie, but jest dość wąski jak na moje gusta, ja lubię mieć mnóstwo miejsca z przodu. Na szczęście nie jest płytki i moja grubaśna stopa dobrze się mieści, choć należy zaznaczyć, że wziąłem buty o 0,5cm większe niż zazwyczaj, myśląc o czekających mnie długich godzinach zmagań w górach. Co ciekawe, podeszwa ma zaledwie 9mm grubości pod piętą i 6mm pod śródstopiem, co daje niewielki spadek 3mm. Wydaje się grubsza ale dzieje się tak za sprawą potężnych 8mm zębów bieżnika, o których więcej w dalszej części. Cholewka – wykonana z mocnego materiału pokrytego powłoką DWR. But dedykowany jest na bezdroża, w trudny teren o grząskim bądź luźnym podłożu.
Powyższa krótka charakterystyka daje pojęcie o istocie Mudclawa – zgodnie ze swym mianem, ma wbijać się, wgryzać w podłoże, w myśl brytyjskiego „fell running”.

2.jpg
Jako, że w Poznaniu zbyt wiele rozległych wrzosowisk i wzniesień nie uświadczy się a buty dostałem na tydzień przed planowanym wyjazdem, pierwsze próby ze Szponami odbywały się w malowniczych okolicznościach przyrody Gór Stołowych.
Bring your daughter to the slaughter…
Po wyjęciu Inov8 z pudełka zwlekałem chwilę zanim je przymierzyłem. Czułem się trochę jak kierowca, który na co dzień jeździ małym autem a teraz ma wsiąść do czołgu. Jak to będzie? Pierwsze wrażenia pochodzą z oczu i rąk: widać i czuć od razu, że buty są bardzo, bardzo solidne. Albo inaczej: ma się wrażenie, że producent wyobraził sobie, co głupiego może biegaczowi przyjść do głowy podczas biegu i zabezpieczył but na każdą taką okoliczność: materiał cholewki wygląda tak, jakby był pomyślany do biegania maratonu po krzakach. Gumowy otok palców pozwala na grę w piłkę kamieniami różnej wielkości a jeśli chciałbyś pobawić się w ochlapywanie przechodniów wodą z kałuży, do wysokości 3cm but nie powinien w ogóle przepuścić wody. Oczywiście tym jednak, co najbardziej rzuca się w oczy, są gumowe zęby do zjadania nieprzyjaznego terenu.

Cała ta konstrukcja musi nieco ważyć – w moim rozmiarze (44) jest to ok. 280g. Dużo w porównaniu z innymi moimi butami, żadne z nich jednak nie chronią w terenie w połowie tak dobrze jak Mudclawy. Jak już wspominałem, mają 3mm dropu. Wkładka jest na tyle cienka, że nie zastanawiałem się nad jej wyjmowaniem. But mimo sporej ilości gumy w podeszwie jest elastyczny jako że podeszwa nie jest gruba. Zapiętek jest miękki, brak jest usztywnień, kontroli pronacji i innych tego typu pomysłów. Posiada więc większość z cech obuwia do „naturalnego biegania”, jednocześnie dając dużą ochronę.

Pierwsze próby w terenie przeprowadzone zostały nad morzem. Potruchtałem razem z Anią trochę po łąkach, trochę po drogach gruntowych, trochę po jakimś gruzie, trochę po piasku i wreszcie po asfalcie. Bieganie po asfalcie nie należy do przyjemnych doznań. Kołki są grube i wysokie, ma się wrażenie biegania na szczotce. Dodatkowo gumowe słupki uginają się nieco i odchylają, co daje poczucie niestabilności. Ponieważ, rzecz jasna, nie zagłębiają się w twardym podłożu, podeszwa zdaje się grubsza o długość kołków bieżnika, stopa jest o tle dalej od podłoża. Wszystko razem sprawia nieprzyjemne wrażenie.
Sytuacja diametralnie zmienia się gdy podłoże jest miękkie bądź sypkie. Zęby zagłębiają się w teren, stopa zbliża się do podłoża, trakcja jest genialna, stabilność jest bez najmniejszego zarzutu. But staje się wygodniejszy, dynamiczny, jakby wstępowało w niego życie, jakby drapieżnik budził się do życia czując materię organiczną w zębach…

3.jpg
Pierwszym konkretnym sprawdzianem był jednak Maraton Gór Stołowych. Wszystkie zalety (oraz wady) Inov8 ujawniły się ze zmultiplikowaną mocą: przyczepność na śliskich zbiegach była genialna, żadnych uślizgów, poczucie absolutnego bezpieczeństwa. Palce świetnie chronione, nie miały co prawda tyle miejsca jak w innych moich butach – lubię jak mają zupełną swobodę – ale wystarczająco by móc pracować i by nie było z nimi żadnych problemów – otarć, pęcherzy, odcisków itd. Stopa dobrze trzymana przez cholewkę nie przesuwała się, nawet podczas szybkich zbiegów. W podejściach but również zachowywał się bardzo dobrze, generalnie tym lepiej im bardziej wymagające było podłoże. Podeszwa – dość cienka ale jednocześnie w całości pokryta gumą, dawała dobrą ochronę przed nierównościami, ostrymi kamieniami; dość powiedzieć, że nierówności czułem ale nie powodowały one bólu, po biegu również stopy nie były mocno zmęczone przez nierówności terenu. Odcinki asfaltowe dało się pokonać sprawnie, choć czuć było, że te buty po prostu nie są do tego. Jedynym odczuwalnym minusem były zbiegi po większych kamieniach, w takiej sytuacji potrzebna jest większa powierzchnia styku podeszwy z podłożem oraz wrażenie większej jego bliskości. To była jedyna sytuacja, w której w Mudclawach nie czułem się bezpiecznie, biegłem zachowawczo i z wyraźnym uczuciem dyskomfortu.
Po powrocie z Kotliny Kłodzkiej dalej przygotowywałem się do najważniejszego startu w sezonie – Chudego Wawrzyńca a czyniłem to również na podpoznańskiej Górze Dziewiczej. W leśnych, błotnistych warunkach buty sprawdziły się znakomicie i bardzo je polubiłem.
Zabierając je w Beskidy czułem, że mam w nich świetnego sprzymierzeńca.
Mam kły, mam pazury
Świt w Beskidach. Pierwsze asfaltowe kilometry za mną, teraz wilgotny, mglisty poranek i jeszcze 80km przede mną. Podbieg, błoto, kamyki, trawa, rosa, zbieg, mokro, skok przez kałużę, dłonie na uda i marsz pod górę, potem znowu zbieg, i tak w kółko przez kilkanaście godzin. Dostałem to co chciałem. Drewniane łydki, uda z gumy, żołądek niezdolny przyswajać jedzenie, i stopy gotowe same się odrąbać. Tak było trzeba, dzięki Mudclawom udało się chociaż zminimalizować straty.
Przez bite pół doby przyczepność była znakomita. Nawet na najgorszych podejściach pod Świtkową i Oszusa nie wywaliłem się, o co było naprawdę nietrudno. W głębokim błocie Mudclawy trzymały moje nerwy na wodzy podczas gdy innym wokoło puszczały wraz z utraconą trakcją. Na zbiegach mogłem spokojnie puścić nogi tam gdzie byłem w stanie. Kamienie, korzenie, nierówności nie sprawiały problemów. Czucie podłoża było zachowane ale przefiltrowane przez podeszwę tak że nie musiałem zwalniać przez ból stóp. Pomimo wilgoci i deszczu do wnętrza buta woda się nie dostała. Palce ani razu nie odczuły kontaktu z kamieniami dzięki ochronnemu otokowi. Stopa nie przegrzała się. Im było trudniej tym bardziej buty mi pomagały i jeżeli ktoś w tym duecie siał czasami wiochę, był to biegacz.

4.jpg
Przez ostatnie godziny wolałem nie spoglądać na buty i nie zastanawiać się co się dzieje. Pochłaniało mnie to by w jednym kawałku dotrzeć do mety. Tym większe było moje zdziwienie gdy obejrzałem buty na mecie, zastanawiając się czy jeżeli na nie zwymiotuję, zrobi im to różnicę. Z pewnością bym je tym obraził, szczególnie, że to co mnie prawie zniszczyło na Mudclawach nie wywarło specjalnego wrażenia. Wydawało mi się, że przynajmniej kilka zębów wybiłem na kamieniach, tymczasem nie brakowało ani jednego. Spodziewałem się śladów walki cholewki z otoczeniem – nic. No cóż, wyglądały lepiej niż nowe, pomimo brudu.
Być może nie jest to zbyt fachowe porównanie ale jeśli byłbym RIncewindem, Inov8 Mudclaw byłyby moim Bagażem.
A teraz do rzeczy:
To nie są buty, które chronią właściciela tak jak większość dostępnych na rynku modeli: pluszową amortyzacją, sztywnością podeszwy, wzmocnieniami cholewki itd. Pomagają przetrwać ciężkie warunki stawiając warunki nie mniej wymagające: trzeba mieć silny aparat ruchu, radzić sobie z niewielkim dropem i małą amortyzacją. Nie skontrolują pronacji, nie zaparzą też kawy, obronią jednak gdy podczas karkołomnego zbiegu traficie na perfidnie ostry kamień albo szukając szlaku wlecicie w kolczaste zarośla. Przede wszystkim jednak będą ryć glebę jak dziki dając najlepszą możliwą trakcję w trudnym terenie. Wytrzymają wiele albo jeszcze więcej. Jeżeli asfaltowych przelotów lub równych dużych kamieni będzie więcej niż kilkanaście procent, wybrałbym inne obuwie. Im bardziej mokro, grząsko i paskudnie, tym lepiej się sprawdzą.
Z niecierpliwością oczekuję zimy – w śniegu powinny dawać świetnie radę. Kołki bieżnika są wysokie i rzadko rozstawione – błoto tego nie zalepia, śnieg również nie będzie.
Na koniec – wtręt osobisty. Jestem z natury tchórzem. Wybieram to co znajome i bezpieczne. Schodzę z drogi pijanemu towarzystwu, nie mieszam alkoholi, nie puszczam fajerwerków w Sylwestra. Kiedy jednak na nogi zakładam Mudclawy, słyszę w uszach Ozzy’ego i budzi się we mnie zwierz.
Howling in shadows
Living in a lunar spell
He finds his heaven
Spewing from the mouth of hell
Those that the beast is looking for
Listen in awe and you'll hear him

 

Bark at the moon…

piątek, 18 października 2013

Set in stone



W języku angielskim jest takie wyrażenie: "set in stone", na określenie czegoś, co jest silnie utrwalone, niepodważalne, zdolne oprzeć się zmianie, czasowi, wpływowi innych...

"Zawsze szczerze powtarzam, że maratonu nie lubię, boje się go, stale ogarnia mnie przed startem lęk i niepokój. Ale staram się wierzyć, że tym razem nie będzie bolało, a jednak boli tak samo mocno! Zawsze walczę sama z sobą, z nikim innym, tylko z sobą i czasem. Nie liczą się rywalki i  nagrody. Podczas maratonu jestem tylko ja i biegnący ze mną czas."

Tak mówi w wywiadzie dla bieganie.pl Karolina Jarzyńska. Słowa te każdy może odnieść do siebie, nawet jeśli biegamy dwa razy wolniej...

Od Karoliny możemy uczyć się nie tylko poświecenia i wytrwałości ale przede wszystkim trzeźwego osądu rzeczywistości - tak długo jak nasze bieganie będzie walką z innymi, na zawodach i poza nimi, nigdy nie osiągniemy szczęścia i satysfakcji, bo zawsze będzie ktoś lepszy. Jeżeli jednak zmierzymy się z sobą i własnymi słabościami i walkę wygramy - tego zwycięstwa nikt nigdy nam nie odbierze.

Będzie utrwalone w kamieniu.

cały wywiad możecie przeczytać tutaj:

http://bieganie.pl/?show=1&cat=34&id=5926

O tym, jak łatwo wątpliwości same sieją się w sercu przekonałem się ostatnio kiedy swoje zmagania na trasie maratonu w Poznaniu opisałem na blogu na forum bieganie.pl. Prowadzę bloga od czterech lat, mam grono znajomych, których biegowe poczynania śledzę czerpiąc inspirację dla siebie. Wzajemnie komentujemy swoje wpisy, motywujemy się, wspieramy. Tymczasem mój post post-maratoński nie doczekał się ani jednego komentarza. Nie ukrywam, ze w mojej głowie postała myśl: "chyba w tym co zrobiłem nie było nic ciekawego i wartościowego". I choć myśl ta szybko znikła, pozostała refleksja, że szukanie akcpetacji i dowartościowania przez innych poprzez bieganie jest ślepym zaułkiem, że z definicji długodystansowiec jest samotnikiem i jeśli poza samym sobą akceptacji nie znajdzie, będzie nieszcześliwy.

czwartek, 3 października 2013

Pokoloruj drwala



W wakacje 2009 byliśmy z Anią w Hiszpanii. W owym czasie (cóż za piękny, biblijny zwrot) nasza przyjaciółka Agi mieszkała i pracowała w Barcelonie, mieliśmy więc gdzie się zatrzymać. Była to pierwsza nasza wspólna podróż zagraniczna (i jak dotąd ostatnia – dzięki dzieciaki!), same przygotowania były wielka przygodą. Przygoda miała być tym większa, że po raz pierwszy w życiu mieliśmy lecieć samolotem.

Start nie był zbyt przyjemnym doznaniem. Przeciążenia, dziwne uczucie gdy nabieraliśmy wysokości, klaustrofobiczne wrażenie zamknięcia w stalowej puszce zawieszonej gdzieś nad ziemią… Z drugiej strony niesamowite widoki  miast, rzek, oglądanych z lotu mechanicznego ptaka. Nie to jednak było największym przeżyciem dla mnie.

W pewnym momencie gęsto tkany dywan chmur przesłonił krajobraz poniżej. Nie widać było nic poza oceanem różnych odcieni bieli. Ponad nami zaś – czyste niebo. Na oceanie błękitu zawieszona świetlista kula, rozpalona do białości. Gdy popatrzeć wysoko w górę – błękit przechodzi w granat, tam gdzieś jest kosmos. Niewiarygodne jaki świat jest wielki, że wszędzie jest bezchmurne niebo – wystarczy wzbić się odpowiednio wysoko, ponad chmury. Rzecz nie do pomyślenia kiedy jest się tam na dole, kiedy ciężki sufit szarości przygniata człowieka i wgniata w tego samego koloru ziemię (określenie mylące, pod nogami w mieście ma się przecież betonowo - kamienną masę).

Każdy przecież choć raz widział bezchmurne niebo i wie, że chmury nie pożerają słońca. Jednakże często mam wrażenie, że jest inaczej.

Niedawno miałem wątpliwą przyjemność oglądać sesję fotograficzną zatytułowaną FULLBEAUTY. Bez wdawania się w szczegóły, artystyczne zdjęcia chorobliwie otyłych roznegliżowanych kobiet opatrzone są takim oto płaszczykiem: fotograf przedstawia kobiety powszechnie uważane za otyłe chcąc pokazać pełnię ich piękna i przeciwstawić się jednocześnie kulturowym stereotypom tego, co piękne, dyktatowi mediów kreujących nierealne ideały kobiecości.

Pod pozorem akceptacji kobiecości i przełamywania stereotypów dzieje się jednak coś moim zdaniem bardzo niebezpiecznego i znamiennego. Obok kreacji stricte artystycznej tworzy się nową rzeczywistość, w której patologia jest nazywana pięknem, a określenie czarnego białym – łamaniem stereotypów i narzuconego (przez media, społeczeństwo, system, w gruncie rzeczy nieważne kogo) dyktatu. W całej sytuacji najbardziej pokrzywdzone są moim zdaniem owe biedne kobiety, które nie mogąc zaakceptować swojego ciała szukają ratunku na zewnątrz. Niestety zamiast realnej pomocy dostają ułudę na zasadzie: zaakceptuj siebie taką jaką jesteś.

To z kolei pokazuje ogólną właściwość naszych czasów: obniżenie wymagań, przede wszystkim tych, które stawiamy wobec samych siebie. Wystarczy uznać, że jestem inny, ba, zgoła wyjątkowy – i już mogę sam tworzyć wartości, ustawiać sobie odpowiednio poprzeczkę, wyznaczać cele – wszystko skrojone na własną miarę, dobrane tak bym na pewno temu sprostał.

Kim jesteś? – jesteś zwycięzcą!

W gronie swoich znajomych mam kilka osób, które podejmują różnego rodzaju aktywności fizyczne. Reakcje otoczenia można obserwować przez ruch np. na facebooku. Wycieczka rowerowa, trucht po parku, weekend w górach – wydarzenia te ewidencjonowane są na społecznościowym portalu, okraszone zdjęciami i linkami do aplikacji mierzących czas, dystans, tempo i wszelkie inne parametry. Wpisy zyskują tzw. lajki oraz komentarze. Nieraz już ego srogo cierpiało – jak to jest, że moje wybieganie 50km zbiera mniej pochwał niż godzinny jogging? Dlaczego górskie ultra nie spotyka się z falą zachwytu skoro zdobycie byle górki wywołuje lawinę ochów i achów? Ach, okrutny losie!

Dr Marek od teatru zwykł opowiadać nam o warsztacie aktorskim. Opowiadał w jaki sposób aktor wzbudza w sobie silne emocje i np. naprawdę płacze na scenie. Załóżmy, że jestem wrażliwym facetem i oglądam w telewizji melodramat. Ze współczuciem obserwuję, jak on ją kocha a ona to lekceważy. Jest mi szczerze przykro i serce me przepełnia współczucie. Jednakże dopiero gdy wyobrażę sobie, że to JA i że to MNIE się przytrafia, kieruję kroki w stronę w stronę lodówko-zamrażarki,  z przepastnych czeluści której dobywam kubełka z lodami. Nakrywszy się kocem opróżniam kubełek, pochlipując i ciągnąc nosem. Bo to dopiero odniesienie sytuacji do samego siebie sprawia, że pojawiają się najsilniejsze emocje.

Ten sam mechanizm działa w sytuacji gdy ludzie mają do czynienia z „wyczynem”. Godzinne bieganie to coś, co ludziom nieaktywnym imponuje ale także coś, w czym sami siebie są w stanie wyobrazić. Kilkunastogodzinny bieg w górach, wspin na Matterhorn czy wygrana w Kona leżą poza granicami ludzkiego wyobrażenia o własnych możliwościach, poza granicami tych marzeń, które podejmują się urzeczywistnić. „lajkując” czyjeś dokonanie nie docenia się tej osoby, ale własne wyobrażenie o samym sobie – „tak, fajnie byłoby to samemu zrobić”. Egoizm czystej wody. Łatwo posądzić Kiliana albo Chrissie o doping, lub określić ich jako „z innej planety” – odsuwa się ich tym samym poza granicę wyobrażenia, nieznośne byłoby bowiem dopuszczenie, że są takimi samymi ludźmi jak my, tylko że my nie potrafimy zdobyć się na to co oni.

Łatwiej jest obniżyć wymagania, zawiesić poprzeczkę niżej, za sukces uznać samo uczestnictwo, każde najmniejsze drgnienie małego palca. Piękno i wspaniałość rzeczywiście są wtedy wszędzie i wara komukolwiek to krytykować i poddawać w wątpliwość.

Ponad chmury

Czy wszyscy tak myślą i robią? Oczywiście, że nie. Czy ja sam jestem wolny od tego rodzaju postępowania? Bynajmniej. Sam czasami udaję, że przyczłapał wielki smok, zeżarł słońce a nosem wypuścił dymy chmur. W głębi serca wiem jednak, że to nieprawda, widziałem to wtedy lecąc samolotem.

Jak obłok wiedza tajemna, jak obłok  fantasmagoria,

jak obłok cudze spojrzenia, jak obłok pewność ulotna.

śpiewał Marek Grechuta.

Ponad magią obłoków jest słońce, kto się chce wygrzać w jego blasku, musi mieć czelność rozgonić chmury.

poniedziałek, 9 września 2013

Św. Franciszek



Nie wiem jak to jest – być może to naukowo potwierdzony mechanizm psychologiczny, opatrzony mądrą nazwą na cześć jakiegoś badacza, w każdym razie jest coś takiego, że gdy upalne lato i żar leje się z nieba, nie potrafię przypomnieć sobie jak jest zimą; i vice versa –gdy zima i mróz niczym szalony artysta-matematyk maluje fraktale na szybach, nie umiem przywołać tego uczucia rozpływania się z gorąca.
Dosłowna, namacalna rzeczywistość, choćby szara, ponura i przyziemna, potrafi zatrzeć, unieprawdopodobnić (nawet jeśli takie słowo nie istnieje) najpiękniejsze wspomnienia.
Podobnie z górami i bieganiem w nich. Oczywiście, wiem, ze nadal istnieją, i że pewnie ktoś po nich biega. Jednocześnie sam jestem tak mocno wtłoczony w płaską rzeczywistość miasta, że nie umiem sobie wyobrazić, że zakładam buty, wybiegam z domu i po chwili jestem na szlaku.

Coś podobnego można było zaobserwować niedawno po wyczynie Kiliana Jorneta na Matterhornie. „Kosmos”, „nie z tej ziemi”, „abstrakcja”, „niewiarygodne” - brzmiały komentarze. Jakby w Dolinie Aosty wylądował latający talerz, wysiadł z niego Kilian, wbiegł na górę, zbiegł i odleciał w odległe galaktyki. A przecież on, tak jak ja i ty, ma dwie ręce, dwie nogi, płuca, serce… Oczywiście, nie jestem w stanie powtórzyć jego wyczynu. Ale jestem takim samym człowiekiem i ja również mogę przekraczać własne granice, mierzyć się z wielkimi (na własną miarę) wyzwaniami, pokonywać siebie. Wyczyn Kiliana mnie motywuje, inspiruje, nakręca. Łatwo jest znajdować wymówki: „on jest z innej planety, „ma inne geny” , „całe życie spędził w górach”. Co z tego? To mentalność z nizin, gdy własną wartość określa się w porównaniu z innym człowiekiem. Od kogo jestem silniejszy, od kogo słabszy? Mam więcej niż tamten czy mniej? Jestem lepszy czy gorszy od niego? Zgodnie z tym myśleniem, wyczyn Kiliana należy właśnie odsunąć poza granicę absurdu, wyrzucić z rzeczywistości, żeby nie przypominał jak bardzo jestem od Katalończyka słabszy.

W górach jest się samemu. Nawet jeżeli ktoś cię wyprzedza podczas biegu, albo ty kogoś wyprzedzasz, nabiera to znaczenia dopiero na nizinach, w krainie klasyfikacji, liczb, miejsc i czasów. Podczas biegu on biegnie swój wyścig a ja swój. Skoro nie walczę z innym biegaczem to z kim albo z czym? Z górami? Bzdura. Walczę z samym sobą, a jedyną nagrodą w tej walce jestem ja sam właśnie. Tylko lepszy.
Z gór wracam inny, przemieniony, choćby z zewnątrz tego nie było widać. Ja wiem, że coś się zmieniło. Niestety, asfaltowa dżungla próbuje mi zabrać góry, wysysa zapachy i kolory, spłaszcza i prostuje. Jak się przed tym bronić?

Pamiętam jak na studiach miałem przedmiot „Interpretacja działa sztuki”. W ramach zaliczenia zajęć każdy ze studentów miał wybrać sobie dzieło sztuki – nie reprodukcję, kopię w albumie bądź w internecie, ale faktyczne Dzieło. Swoje kroki skierowałem więc do Muzeum Narodowego, a że jako student kulturoznawstwa miałem darmowy wstęp, nie musiałem się spieszyć ani z wyborem ani z samą pracą. Mogłem wielokrotnie przechadzać się korytarzami pośród dzieł – ileż tam jest historii, ile talentu, ile godzin strawionych nad farbami, dłutem, warsztatem tkackim… A teraz wszystko to cicho mówi ze ścian, na tyle cicho, że kiedy zwiedza się muzeum wśród innych ludzi, trudno cokolwiek usłyszeć. Kiedy jednak przyjdzie się samemu, z kanapkami, na cały dzień, usiądzie się na krześle przed obrazem, wtedy zaczyna on mówić.
Moje krzesło postawiłem przed obrazem Francisco Zurbarana, wypożyczonym na czas jakiś z muzeum w Milwaukee. Święty Franciszek z Asyżu w swym grobie przedstawia mnicha w szarym, wełnianym habicie franciszkańskim. Mnich ma założony kaptur i wzrok spuszczony w dół, skierowany na trzymaną w dłoniach czaszkę. Nie można dostrzec jego twarzy. Obraz jest inspirowany legendą, jakoby podczas wizyty papieża Mikołaja V w krypcie św. Franciszka ukazał się on patriarsze Rzymu, dokładnie w takiej postaci jak na obrazie hiszpańskiego mistrza. Niespiesznie wpatrywałem się w obraz. Głowę miałem pełną informacji, narzędzi interpretacyjnych, wiedzy o epoce, o twórcy. Odrzuciłem to jednak i rozmyślałem o tym, jak patrzył na swoje dzieło jego autor. Malował wszak swojego patrona, czy miało to dla niego znaczenie, czy w postaci św. Franciszka zawarł jakąś część samego siebie? Obraz zaczynał cicho szeptać ale nie można było jeszcze usłyszeć poszczególnych słów.

Nie pamiętam co napisałem w swojej pracy zaliczeniowej. Tak wiele z wiedzy zdobytej na studiach umknęło, pochowało się gdzieś w pamięci. Pamiętam jednak dobrze, co stanowi o wartości dzieła sztuki: jego zdolność do generowania wciąż nowych sensów, świeżych interpretacji; że pomimo upływu setek lat wciąż można usłyszeć jak dzieło szepcze do nas, zdradzając nowe tajemnice. Myślę, że malarz widział na obrazie siebie, że któregoś razu, może niespodziewanie dla samego siebie, dostrzegł swoją twarz skrytą w cieniu rzucanym przez kaptur habitu. Podobnie  ja, siedząc na krześle w Sali Muzeum Narodowego w Poznaniu, dostrzegałem podobieństwo mnicha do mnie samego. I wreszcie, tak samo dziś, wpatrując się w zdjęcie obrazu na ekranie komputera (niestety, obrazu nie ma już w naszym muzeum), rozpoznaję w nim siebie a słowa szeptane przez św. Franciszka, choć wciąż ciche, stają się wyraźne:

„Wszystkie stworzenia, które są pod niebem, każde zgodnie ze swą własną naturą, służą, znają i są posłuszne swemu Stwórcy lepiej niż ty.”

Jak to? W jaki święty z ciemności swojego grobu zdołał przeniknąć moje myśli i napomina mnie teraz? Skąd wie nad czym się zastanawiam? Obcowanie świętych…

Kilka dni temu rozmawiałem z Bartkiem o tym, czy jesteśmy ludźmi gór, czy tylko turystami, którzy kilka razy w roku jadą w góry, żeby się złachać i wrócić, z dumą patrząc na własne otarte kolana i schodzące paznokcie u stóp.
Bartek oczywiście miał rację – odpowiedź jest tylko we mnie. Nie w spojrzeniach otaczających mnie ludzi – zarówno tych, którzy z lekceważeniem patrzą, jak trzęsą mi się kolana na starcie, bo sami od lat biegają z kozicami, jak i tych, którzy z zazdrością spoglądają na opaskę na moim nadgarstku: „bieg górski 80km”.

Posłuszny więc memu Stwórcy, sznuruję buty i biegnę do lasu, wyobrażając sobie, że ścieżka wyprowadzi mnie zaraz na polanę, nad którą górować będzie ośnieżony Mont Blanc. Wiem, że kiedyś zobaczę to naprawdę. Taka jest moja natura. Święty Franciszek o tym wiedział, i ja też już wiem.

środa, 28 sierpnia 2013

Na szlaku



Po siedmiu godzinach biegu czułem, że ciało ma dość. "Zatrzymaj się, odpocznij," szeptał kojąco głos w mojej głowie. Nie chodziło bynajmniej o to, że dotarłem do granic swoich możliwości - te leżą wystarczająco daleko, bym jeszcze nigdy tak naprawdę nie zbliżył się do nich. Dotarłem jednak do granic tzw. "strefy komfortu", wyjście poza którą oznaczało spotkanie z narastającym bólem, zmęczeniem i pewnym rodzajem znudzenia i zniechęcenia, które towarzyszy podczas tak długich biegów mnie, nawykłemu do wygody i bezpieczeństwa.

Dalszy bieg oznaczał spędzenie kilku kolejnych godzin na wąskim, samotnym szlaku, oddalając się od mety. Podczas biegu były to chwile najtrudniejsze, teraz, po kilku tygodniach, te same wspomnienia są najpiękniejsze.

Wielu biegaczy ma problem z odpowiedzią na pytanie: "o czym myślisz podczas długich biegów?" Wydawałoby się, że długie godziny spędzone na stawianiu kolejnych setek, tysięcy kroków, muszą albo być wypełnione głebokimi rozważaniami albo... dojmująco nudne. W codziennym życiu, przepełnionym różnego rodzaju bodźcami, nie mamy praktycznej możliwości zostać ze sobą samym na tak długo, odizolowania się od otoczenia. Perspektywa kilku godzin sam na sam ze sobą jest dla wielu abstrakcyjna, oczekują, że ten czas będzie czymś wypełniony - muzyką lub myślami, czymkolwiek zresztą, a w najgorszym razie należałoby przyznać, że to czas zmarnotrawiony, strawiony nudą.

Ja podczas długich biegów nie rozważam poważnych filozoficznych zagadnień, nie układam planu zajęć na kolejny tydzień. Myśli napływają, odplywają, umysł się oczyszcza - jakby były w nim dziury, przez które podczas biegu wypadają mniej istotne myśli, sprawy i problemy. Kończę bieg lżejszy, szczuplejszy o ten niepotrzebny mentalny tłuszcz.

Poza strefą komfortu zaczyna się jednak dziać coś dziwnego. Spotkanie ze sobą samym odsłania te mniej przyjemne oblicza, obnażone zostaje lenistwo, wygodnictwo, słaba wola, opory przed podjęciem wyzwania... Myśli, które napływają, stają się ostre, przeszkadzają niczym natrętne komary. Własne towarzystwo staje się natrętne, wręcz przykre. Myśli przeszkadzają biec.

W tych chwilach (godzinach...) moje wady, to co stoi mi na drodze do stania się prawdziwym Ultrasem, przypuszcza atak: przez całe swoje życie za dużo myślę, za mało robię. I teraz własnie, gdy calej energii potrzebuję na działanie, myślenie ją podkrada. Może coś zjem? Ale co? Nie chce mi sie zdejmowac plecaka i sięgać po jedzenie... Napiję się. Ale w bukłaku mam tylko wodę, a potrzebuję kalorii. A co jeśli zabraknie mi wody? Ile jeszcze do mety? Aż tyle? Czy na pewno nie zgubiłem szlaku? Dawno nikogo nie widziałem... Jaki czas będę miał na mecie? Beznadziejny! tempo wciąż spada. Boli mnie wszystko. Czy to ma sens?

Gdy z ubiegłym roku rozmawiałem ze Scottem Jurkiem, sprawił na mnie wrażenie bardzo miłego, otwartego człowieka, który jednak w odpowiedziach na pytania był nieco zachowawczy, trzymał pewien dystans. W tonie jego wypowiedzi brakowało mi tej iskry, która wciąż blyska gdy czyta się książkę siedmiokrotnego triumfatora Western States 100. Żegnając się w pośpiechu podałem Scottowi mój egzemplarz książki z prośbą o dedykację. Dopiero po jakimś czasie spojrzałem co mi napisał.

"Kuba, do things, always." - Działaj, zawsze.

Nie wiem, i nie chcę wiedzieć, czy to jedna ze standardowych dedykacji, Wpis nr 46 albo 47, czy Scott w rozmowie zdołał mnie na tyle poznać, że wiedział co wpisać, czy przypadkowo trafił w samo sedno. Nie ma to znaczenia. Gdy zmagałem się z myślami na szlaku, zwalniając coraz bardziej, przypomniałem sobie o dedykacji od jednego z najlepszych biegaczy w historii.

Stanąłem, wyciągnąłem paczkę żelek i zjadlem je natychmiast. Założyłem kurtkę. Pociągnąłem kilka łyków z bukłaka. Zacząłem maszerować, po chwili truchtać, wreszcie biec. Działałem. Przez ostatnie półtorej godziny wyprzedziłem kilkanaście osób, pokonałem zmęczenie i ból kolan.

Dawaj, Kuba!

Na metę wbiegłem wypoczęty i szcześliwy.

Przedwczoraj zabrałem moją starszą córkę, trzyletnią Emilkę, na podpoznańską Górę Dziewiczą. Emilka jest moim największym kibicem. Wciąż mówi, że marzy o tym by pojechać w góry. Powtarza mi, że mam szybko biegać i wygrać. Na wycieczce pokazałem jej oznaczenia szlaków turystycznych na drzewach i wytłumaczyłem do czego służą. Wiele rzeczy było tego dnia wielką frajdą: wchodzenie na górę, zajadanie żelek, zbieranie leśnych skarbów: żołędzi, szyszek, kory. Gdy jednak Emilka opowiadała mamie i babci o naszej wyprawie, mówiła, że najbardziej podobały się jej "szlaki". Z wielkim animuszem małe nóżki pędziły pod górę w poszukiwaniu kolejnego drzewa z narysowanymi biało-czerwonymi znakami.

O ile tylko będę potrafił z takim entuzjazem poznawać góry i las, szukać tak zawzięcie kolejnych oznaczeń szlaku, działać, zawsze dzialać - nie zgubię drogi, dotrę do mety. Zawsze wygram.

Ten blog będzie właśnie o tym.