head

head

piątek, 27 czerwca 2014

Bieg Rzeźnika 2014 - relacja

Bieg Rzeźnika 2014 – relacja.

Minęło kilka dni i wrażenia odpowiednio uleżały się i okrzepły, czas więc zdać relację.
Dzisiaj bez zdjęć, muszą Wam wystarczyć słowa.

Nie miałem Rzeźnika w planach na 2014. Wakacyjna rozpiska obejmowała trzy górskie biegi ultra co kilka tygodni, począwszy od lipca. Czerwiec miał być okresem najcięższych przygotowań i mocnego treningu pod starty. Dlatego kiedy Sławek po raz pierwszy wspomniał mi o możliwości startu w Rzeźniku w zastępstwie, odmówiłem. Jednak gdy na tydzień przed ponownie spytal mnie, czy nie pobiegłbym z jego kolegą Szymonem, w zastępstwie kontuzjowanego partnera, przemyślałem rzecz raz jeszcze. W końcu starty to najlepszy trening, a po Rzeźniku miałbym jeszcze ilka tygodni na regenerację przez biegiem K-B-L. 

Ostateczna decyzja zależała jednak – jak to w życie bywa – od mojej żony Ani. Kochana Ania dała mi zielone światło i mogłem potwierdzić Szymonowi, że wystartujemy wspólnie.

Cieszyłem się tym bardziej, że uwielbiam Bieg Rzeźnika. Klimat Bieszczadów, specyficzna atmosfera tworzona przez organizatorów, bieg parami – wszystko to łączy się w niepowtarzalną całość, której smak jest wyjątkowy jak piwo warzone specjalnie na bieg przez zaprzyjaźniony browar.

Co więcej, Szymon jest nieco wolniejszy ode mnie i był to jego debiut w ultra, tak więc wyglądało na to, że będę miał szansę nie złachać się całkowicie, a tylko trochę J

Przygotowania

No cóż… Zawsze może być lepiej. Zaledwie kilka treningów siłowych – na Górze Dziewiczej, w domu na rowerze, ze sztangą… Czułem, że wytrzymałość jest, ale siły może brakować. Obawiałem się nieco zbiegów – w poprzednich latach szwankował mi kolana i zamiast zyskiwać na odcinkach w dół traciłem cenny czas.
Humor jednak dopisywał i z entuzjazmem uścisnąłem dłoń Szymona w czwartkowy ranek.

Droga minęła dośc szybko. Autostrady mimo wszelkich zastrzeżeń znacznie ułatwiają i skracają podróż. Po ośmiu godzinach byliśmy na miejscu. Pogoda – marzenie. Ciepło, ale nie gorąco, w dodatku sucho. Kilka chmurek na niebie dla większej malowniczości. Odebraliśmy pakiet startowy i zasiedliśmy na drewnianych ławach Karczmy Łemkowyna.

Pakiet – bardzo bogaty. Kilka kuponów zniżkowych o znacznej wartości, sprej chodzący do mięśni, kilka próbek, fajna koszulka Newline, „rzeźnicki” Buff – świetny gadżet! – płyta-składanka, na której m in. utwory Wiewiórki na Drzewie, solidne wroki na przepaki, a wszystko podane w fajnym worku-plecaczku. Organizatorzy się postarali. Widać to było nie tylko po pakiecie, ale po przygotowaniu biura zawodów i przyległości, organizacji na trasie itd. Bieg Rzeźnika zawsze był postrzegany jako organizacyjnie i sportowo nieogarnięty. Myślę, że tegoroczna edycja: przygotowana i przeprowadzona znakomicie, z rekordem frekwencji, świetnym poziomem sportowym i znakomitym rekordem trasy skutecznie zamknęła usta krytykom.

Po porcji znakomitych zasmażanych pierogów udałem się na zasłużony, choć krótki odpoczynek przed startem.

Aprowizacja

Nauczony doświadczeniami z poprzednich startów, wziąłem różnorodne jedzenie: żele energetyczne, batony musli, Snickersy (do plecaka)  oraz bułki i kabanosy (na przepaki). W czasie biegu potwierdziło się, o czym jeszcze wspomnę później, że żele wyraźne mi nie śłużą. To był ostatni raz kiedy w ogóle zaprzątalem sobie głowę żelami energetycznymi na bieg. Basta!

W bukłak nalałem czystej wody – nie lubię izotoników, mdli mnie po nich i boli brzuch. Również na punktach piłem tylko wodę. Dodatkowo spakowałem sobie do worków po 0,5l coli – strzał w dziesiątkę!
W plecaku miałem 2 litry wody w bukłaku Deuter Widepack – dużo. Pierwszy raz uzupełniałem wodę w Smereku! Chciałem jednak przetestować bieg z pełnym, 2-litrowym bukłakiem.

Sprzęt

Większość sprzętu zapewnił mi sponsor – firma The North Face, wspierająca mnie w przygotowaniach do spełnienia mojego wielkiego marzenia – przyszłorocznego startu w UTMB. Testowałem sprzęt od kilku tygodni, ale chcialem wydać opinię dopiero po solidnym sprawdzianie w warunkach bojowych.

Lecąc od góry:

Czapeczka TNF Better Than Naked – świetna, głęboka (mam wielki łeb), z regulacją na elastycznym sznurku (nigdy więcej nietrzymających, ściuchranych rzepów) i otworem tylnim w odpowiednim miejscu (mam wielki łeb z kitą). Cienka, oddychająca, szybkoschnąca, wygodna.

Koszulka TNF Voltage Crew. Bardzo lekka i przewiewna. Dobrze skrojona, nie obciera, nie przesuwa się, szybko schnie. Nie mam zastrzeżeń.

Wiatrówka TNF z serii GTD. Bez kaptura, z dużymi panelami z siateczki. Bałem się czy wystarczy w razie deszczu i na wiatr hulający po połoninach. Wystarczyła. Nie jest to kurtka na trudne warunki, ale że tutaj warunki były korzystne, sprawdziła się dobrze. Rzecz jasna – ultralekka, wygodna, po spakowaniu nie większa niż pięść.

Spodenki TNF Better Than Naked. Krótkie szorty z wszytymi slipami. Najlepsze spodenki, w jakich kiedykolwiek biegałem i chodziłem. GE-NIAL-NE. Do tej pory WSZYSTKIE luźne szorty ze slipkami mnie obcierały, prędzej czy później. W tych – zero dyskomfortu w trakcie 13 godzin napierania w górach, w deszczu i w słońcu. Rewelacja. Pal sześć kieszenie, krój, długośc nogawki… Wygoda i komfort! Jeżeli tego nie ma, wszyty odtwarzacz DVD i ekspres do kawy nie pomoże. Polecam.

Buty TNF Ultra Trail. O butach można mówić godzinami. Porządny, drobiazgowy test na pewno się jeszcze pojawi. Póki co dość powiedzieć, że nie miałem do tej pory wygodniejszych butów w teren. Po Rzeźniku, ku swojemu zdumieniu, nie miałem na stopach ani jednego otarcia ni pęcherza. Miazga! Uwielbiam je.

Na koniec plecak – TNF FL Race Vest. Pojemnośc 8 litrów. Krój PRAWIE kamizelki z szerokimi panelami na piersiach. Bukłaki Widepack Source/Deuter 1,5l i 2l pasują jak ulał. Test plecaka też będzie, a więcej szczegółów dotyczących użytkowania niżej w relacji.

RACE REPORT

Pobudka boli. Pierwsza, druga, piąta, siódma. Kiedy wreszcie dzwoni budzik, jestem obudzony po raz chyba piętnasty.

Przedstartowy chłód daje skupienie i porządkuje wszelki bałagan. Wsiadam do autobusu, który ma przewieźć uczestnikow na start. Nie ma już miejsc siedzących, stoję w przejściu zawieszony między snem a jawą. To nie jest autobus relacji Cisna-Komańcza. Pod osłoną nocy ten autobus przewozi mnie do innego świata, w którym deszcz smakuje jak najznakomitsze wino, w którym liczy się przyjaźń i zaufanie, w którym szlak otwiera się krok przede mną i zamyka natychmiast gdy ucichnie odgłos moich stóp depczących Góry. 

Ktoś powiedziałby: „to tutaj najłatwiej poczuć się samotnym”. Ja mówię: „to tutaj najłatwiej odnaleźć siebie”. Mimo, że wokół mnie dziesiątki innych uczestników, że kilka kroków przede mną biegnie Szymon, jestem sam ze sobą. Słucham swojego oddechu, który staje się szumem lasu. A może odwrotnie. Słucham bicia serca, które idzie echem po zboczach gór. Kiedy uderzam mocno stopami o ziemię na ostrym zbiegu, z każdym krokiem rozbijam w pył jedną złą myśl. Wypacam zazdrość i pychę. Topię smutki w malachicie jeziorka Duszatyńskiego. Gdy wbiegam na pierwszy szczyt, moja dusza i umysł są lżejsze i czystsze. Deszcz zmywa ze mnie tatuaże ludzkich wyobrażeń o mnie. Kierunki się mieszają,

W nauce śpiewania stosuje się czasami trudne, wielodźwiękowe pasaże o znacznych interwałach, śpiewane szybko i bez zastanowienia, by uniemożliwić wokaliście namysł nad przebiegiem ćwiczenia, by nie był w stanie go świadomie wykonać. Do gry wkracza intuicja, nieświadomość, naturalne zdolności aparatu mowy. Śpiewak sięga dźwięków wyższych, niż byłby w stanie używając głosu w sposób kontrolowany.

Podobnie między Żebrakiem a Cisną mylą mi się kierunki. Nie wiem, czy podbiegam, czy zbiegam, wszystko jest równie łatwe. Nie poddaję się jednak całkowicie rytmowi, bo zajechałbym Szymona. Nie jestem kowalem własnego losu, ale jako bardziej doświadczony odpowiadam za ambitnego debiutanta. Ściągam wodze, rozmawiam z partnerem. Jest dobrze.

Ukochany zbieg z Beresta. Obiecuję, że nastęnym razem lecę w dół bez jakichkolwiek zahamowań, na pohybel tym, którzy staną mi na drodze, a najbardziej sobie.

Cisna.

Popędzam Szymona na przepaku. Wiem, że potrzebuje tego czasu, ale skąpię mu go. Każda chwila bezruchu wysysa życiodajną siłę. Każdy odpoczynek męczy. W drogę, na szlak!

Kocham trzeci etap. Na grafice przedstawiającej profil trasy są trzy wierzchołki. W rzeczywistości jest ich z osiem. Około piątego gubi się rachubę i traci nadzieję, że ten przed tobą jest ostatni. Nic to. To tutaj po raz pierwszy wybiega się ponad granicę lasu. Morze traw śpiewa i nęci, by położyć się w nim i zasnąć, być może na zawsze. Wąską ścieżyną biegnę przez świat zasnuty mgłą. Gdzieś tam stary niedźwiedź Schrodingera leży w gawrze i póki ktoś nie wejdzie do lasu, nie wiadomo: mocno śpi czy nie; gdzieś tam żmijha Uroboros gryzie się we własny ogon, choć to przecież niedorzeczne.

Gdyby nie kolana bolące na zbiegach, faktycznie czułbym się jak we śnie, gdy fizyczność zdaje się nie istnieć. Na drodze Mirka doświadczam kryzysu współczulnego: kiedy Szymona męczy kolka, mnie też coś zaczyna kłuć pod żebrami. Nie przyznaję się. Suszę zęby szczerząc się do wycelowanych w nas obiektywów.

Przed drugim przepakiem przytłacza mnie wspaniały doping uśmiechniętych obcych twarzy. Wkładam w serdeczne podziękowania tyle samo wysiłku co w bieg. Czy mnie samemu chciałoby się tak gorąco okrzykiwać nieznajomych? Chyba nie. Pochylam głowę i odbieram od wiwatujących turystów piękną lekcję życzliwości. Warto było przebyć pół Polski właśnie po to. Z przepaku w Smereku wybiegam jakiś inny.

Połoniny

Połonina Wetlińska to moim zdaniem najlepszy etap Biegu Rzeźnika. Podejście na Smerek jest świetne i różnorodne, bieg grzbietem połoniny dostarcza niesamowitych widoków i wrażeń, cudny single-track, a na koniec mamy jeszcze karkołomny zbieg do Berehów! No i kibice… W ogromnej większości przypadkowi – wszak to turyści, którzy chcąc nie chcąc wdepnęli w sam środek rzeźnickiego zamieszania. Nie ma to jednak znaczenia. Klaszczą, pokrzykują, uśmiechają się, gratulują. To niewiarygodne uczucie, szczególnie, że na tym etapie większość uczestników ma już dość wysiłku. Kiedy ty czujesz się przeżuty i wypluty przez Matkę Naturę, w ich oczach urastasz do rangi bohatera. To zderzenie własnego i cudzego wyobrażenia o tobie wywołuje niesamowity efekt, niemalże epifanii, jak u Claude’a Levi-Straussa.

Ten bieg jest nie tylko o górach i wewnętrznych przemianach, ale także o ludziach.

Na zbiegu do Berehów dołacza do nas Domi, która przypadkiem jest w tym czasie na wycieczce w Bieszczady z grupą znajomych. Nie namyślając się wiele przystaje na moją propozycję, by ostatni etap – Połoninę Caryńską – przebyć razem. Jest co podziwiać. Dwa lata temu pisałem, że Caryńska przypomina Mordor: wygląda, jakby to było koniec świata – pusta, cicha, nieprzyjazna… Tym razem zieleni się morzem traw i złoci słonecznym blaskiem. Panoramy zapierają dech w piersiach i nawet wiatr nie przeszkadza zbytnio.

Banał nad banały: „dla takich chwil warto się tak męczyć”. Cóż, skoro ten banał to szczera prawda? Być może racjonalizuję sobie daremny trud, w końcu nigdy nie będę walczył o zwycięstwo, pozostaje mi więc szukac substytutów, nieprawdaż? A może po prostu moje żcie jest proste, wręcz banalne? Cieszę się z tego. Póki moje oczy wpatrują się z zachwytem w przestwór Bieszczadów, buzia sama się śmieje, jestem szczęśliwy w swoim małym, banalnym i niewyrafinowanym świecie.

Fakt, że Domi towarzysyzła mi w ostatnich godzinach (sic!) zmagań znaczy dla mnie szczególnie wiele. Domi, wybacz publiczną szczerość, mam nadzieję, że to początek przyjaźni choćby w połowie tak pięknej jak przyjaźń Twoja z Anią.

Kocham ten moment, kiedy za kolejnym wierzchołkiem okazuje się, że szlak schodzi z grzbietu  i zaczna trawersowac zbocze. Oznacza to początek ostatniego zbiegu do Ustrzyków. Kocham ten zbieg i to, że kolejni kibice i niekibice podaja coraz to inne informacje co do pozostałego dystansu/czasu… „Półtora kilometra!” – słyszę, by po chwili moich uszu doszedł okrzyk: „Dwadzieścia minut!”. Niedługo po tym: „900 metrów”, a w chwilę później: „3 kilometry!” Uwielbiam, kocham, uwielbiam. Teren wypłaszcza się, słychać gwar mety. Mostek, schodki, meta.

Jestem dumny z Szymona i cieszę się jego szczęściem. Dokonał czegoś wyjątkowego, przezwyciężył kryzysy, nie złamał się. Dotarł do mety z klasą, stylowo. Brawo Szymon! Dziękuję nie tylko za zaproszenie i zaufanie, ale przede wszystkim za to, że mogłem dzielić z Toba te chwile i byś świadkiem tego, jak stajesz się ultrasem. Będę to nosił głęboko w sercu.

No cóż, jakoś nie udało mi się zbyt wiele (czytaj: nic) napisać o technikaliach, odżywianiu i nawadnianiu, szczegółach sprzętowych i logistycznych. Obiecuję, że wspomnę o tym w suplemencie do powyższej relacji.
W suplemencie będzie również podsumowanie konkursu na wytypowanie naszego rezultatu na mecie i ogłoszenie zwycięzców. Może pojutrze? ;)


Na razie tyle!

wtorek, 17 czerwca 2014

Raport z frontu

Cisza w eterze

W dzisiejszym raporcie podsumowanie 2 miesięcy Programu Naprawczego, relacja z przygotowań do letnich startów i nowy konkurs – zapraszam serdecznie do lektury!

W ostatnich tygodniach nie miałem zbyt wiele czasu by pisać na blogu – przepraszam. Kończyłem przekład, który właśnie ukazał się drukiem Wydawnictwa Galaktyka. Książka nosi tytuł „Sztuka szybszego biegania” i  została napisana przez Juliana Goatera. Autora nie będę przedstawiał – odsyłam zainteresowanych na stronę wydawnictwa – dość powiedzieć, że to stara, dobra brytyjska szkoła biegania: na przełaj (jak to mówimy w Poznaniu: „na szagę” J ), przez błoto, dziury i krzaczory, z ozorem wywieszonym jak u harta i sercem bijącym w rytm drum’n’bassu. Polecam serdecznie zarówno początkującym, jak i zaawansowanym biegaczom. 

Książkę tę można wygrać w konkursie, o którym mowa na końcu niniejszego wpisu.

Jeżeli nudzą się wam kolejne plany, które prowadzą biegaczy grzecznie, za rączkę; jeśli chcecie popracować nad techniką i motywacją; wreszcie jeśli chcecie zasmakować treningu, po którym choć płuca rozrywa żywy ogień a nogi są jak z waty, to uśmiech nie chce zniknąć z twarzy, spróbujcie tego, co proponuje Julian Goater w „Sztuce szybszego biegania”.

Program naprawczy

Jak być może przypominacie sobie, kwietniowy półmaraton poznański przyniósł mi pewien zawód – nie złamałem 1:30 – a także solenne postanowienie zrzucenia zbędnych kilogramów, które przypałętały się podczas zimowych wieczorów spędzonych nad przekładem w towarzystwie coli, żelek i orzeszków w czekoladzie.

Przez dwa miesiące po półmaratonie, dzięki pohamowaniu swej żarłoczności i zwiększonej dawce ćwiczeń udało się zrzucić 5 kg, czyli połowę zbędnego balastu. Druga połowa będzie systematycznie i po troszku znikać (mam nadzieję) przez kolejne 3 miesiące. W tym czasie udało się ograniczyć słodycze, zastępując je częściowo owocami.



Poza dwoma tygodniami przeziębienia utrzymywalem tygodniowy kilometraż rzędu 90km. Udało się zrobić kilka długich wybiegań i treningów siły, również niebiegowej. Do tego rower stacjonarny, sztanga, rozciąganie i drobne ćwiczenia sprawnościowe. Oczywiście jak to zwykle bywa, czuję, że mogłem ten okres lepiej przepracować… Rownie dobrze mogłem go nie przepracować wcale.

Plany startowe

Lato zapowiada się bardzo pracowicie…
19 czerwca Bieg Rzeźnika 77km
11 lipca K-B-L 110km
9 sierpnia Chudy Wawrzyniec 85km
8 września Bieg 7 Dolin 100km

Rzeźnik wyskoczył w ostatniej chwili, niespodziewanie, ale uznałem, że raz się żyje i warto spróbować J

Uwielbiam ten bieg. Uwielbiam jego pewne niezorganizowanie i przede wszystkim brak napinki na nie wiadomo jaki poziom sportowy. Uwielbiam klimat Bieszczadów, niepowtarzalny, niepodrabialny. Uwielbiam deszcz i błoto. Uwielbiam Wiewiórkę na Drzewie. Uwielbiam mostek przed metą, już chcę tam być…



Zanim jednak to nastąpi, mam dla was mały konkurs. Polega on na wytypowaniu wyniku mojej drużyny (czyli Szymona i mój) na mecie Biegu Rzeźnika. Odpowiedzi w układzie hh:mm:ss (albo: nie ukończysz, dziadu!”) można wpisywać w komenarzach do posta na blogspot’cie, w komentarzach do bloga na forum bieganie.pl albo w odpowiednim wątku konkursowym na tymże forum. Swoje typy możecie zgłaszać do północy z czwartku na piątek.



Trzy najbardziej trafne wyniki (w przypadku nieukończenia – 3 najszybsze odpowiedzi „NIE UKOŃCZYSZ, DZIADU, HEHEHEHEHE!”) zostaną nagrodzone książką Juliana Goatera „Sztuka szybszego biegania”, wydawnictwa Galaktyka.

Zapraszam!


P.S. Trzymajcie kciuki, proszę…

P.S. 2. W kolejnych wpisach: debiut mojej żony Ani w triatlonie ("biegnij mama, jak błyskawica, jak Rainbow Dash!" - Emilka) oraz test najszybszych butów do biegania na świecie ;) 

sobota, 24 maja 2014

Bezsiła

Bardzo specyficzne zjawisko.

Czasami na treningu brak mi siły i nie mogę wykonać tego, co zaplanowałem. Zawsze jednak mam jej na tyle dużo, że jakoś dotrę do domu.

Czasami nie mam sił na żadne ćwiczenia. A jednak jakoś daje radę pójść do sklepu po lody i ciastka...

Są jednak sytuacje, gdy doznaję totalnej, wszechogarniającej bezsiły.

Dzieje się tak, kiedy dziewczynki są niegrzeczne. Wariują poza granice wszelkiego dziecięcego szaleństwa, są złośliwe, z premedytacją wybierają, by zezłoszczonego tatę jeszcze bardziej wkurzyć. Pokonuje mnie to, nie mam żadnych szans z bezmiarem złych emocji, który we mnie wzbiera. Czuję wtedy, że jestem złym ojcem. Przez te kilka chwil nie mam nadziei na jakąkolwiek zmianę, spadam w otchłań.

Na szczęście to mija.

Ale są jeszcze inne chwile bezsiły. Na przykład ta, gdy dziewczyny zajadają się zupą pomidorową ugotowaną przez tatę, albo kiedy mruczą rozkosznie jak koty, z wąsami koktajlu truskawkowego na buziach. Albo kiedy wracam do domu, nie po miesięcznej nieobecności, ale po 5 minutach, bo wyszedłem wyrzucić śmieci, a te male bąki przyklejają się do nóg z uśmiechem, który wywołuje efekt cieplarniany.

Bardzo specyficzne zjawisko.

piątek, 9 maja 2014

Urodzinowa Pyntla Qby 2014

Zgodnie z tradycją lat minionych (tak się mówi w ogłoszeniach parafialnych) w weekend majowy wybrałem się na długie wybieganie, celem aktywnego uczczenia własnych urodzin :)

Tym razem towarzyszyła mi ekipa przyjaciół w składzie:

- Agi: obieżyświatka, miłośniczka sportów wszelakich,
- Ania: aspirująca triatlonistka, której siła woli zawstydziłaby Beara Gryllsa i Chucka Norrisa,
- Piotrek: przyszły zdobywca nagród World Press Photo,
- Łukasz: alpinista biegający po grani Gerlacha i strzelający słit focie na Elbrusie.

Agi, Ania, i Piotrek wyruszyli na rowerach, a ja z Łukaszem pobiegliśmy.

W pierwotnych planach było 60km, ale przez cały tydzień poprzedzający Pyntlę bardzo dokuczała mi łydka i Achilles i szczerze mówiąc nie miałem pewności czy w ogóle uda mi się pobiec.

Na szczęścia na dwa dni przed biegiem udałem się do kliniki doktora Zenona, gdzie przemiły młody adept sztuki masażu obsłużył mnie na podniebnym łożu, co wyraźnie zmniejszyło napięcie łydki i pozwoliło biec.

Podążaliśmy szlakiem rowerowym biegnącym z Poznania wzdłuż brzegu Warty do Puszczykowa. Na zdjęciach widać jedynie ułamek piękna tej trasy.



Pierwszym zaplanowanym miejscem postoju był dworzec kolejowy w Puszczykówku, obok którego mieści się lodziarnia Kostusiaka, jak fama głosi, "najlepsze lody w powiecie". Po prawdzie, w Poznaniu są przynajmniej dwie lodziarnie oferujące jeszcze pyszniejsze lody - Wytwórnia Lodów Tradycyjnych oraz nowootwarta Amore Bio Gelato na Św. Marcinie, tym niemniej puszczykowskie lody to pycha.

Ania i Agi zostawiły w Puszczykówku rowery i na kilkunastokilometrową rundkę po Wielkopolskim Parku Narodowym wyruszyliśmy w powiększonym biegowym składzie, oczywiście w towarzystwie fotoreportera na dwóch kółkach.



Chciałbym kilka słów poświęcić sprzętowi, który towarzyszył mi podczas Pyntli. Po pierwsze, świetne buty TNF Ultra Guide, dla których Pyntla miała byś sprawdzianem przed letnimi ultra. Lekkie, elastyczne, wygodne - biega się w nich świetnie, chciałem jednak sprawdzić czy po kilku godzinach biegu stopy nie dostaną w kość. Nic z tych rzeczy - po wyprawie zero otarć, pęcherzy - co mnie zaskoczyło - nogi wcale nie zmaltretowane. Teraz trzeba jeszcze przetestować je w bardziej wymagającym terenie. Koszulka - no cóż, koszulki są albo dobre (odprowadzają wilgoć i nie obcierają) albo złe. Ta jest dobra. Bardzo fajna jest za to wiatrówka GTD Jacket - dzięki bardzo dużym panelom z siateczki (prawie połowa pleców) dobrze oddycha, przód dobrze chroni przed wiatrem, no i waga/rozmiar: 100g, które po złożeniu jest mniejsze niż pięść. Z drugiej strony, mimo powłoki DWR nie nadaje się na mokrą pogodę (siateczka), nie ma też kaptura, tak więc z punktu widzenia startów w górskich ultra i sprzętu obowiązkowego trzeba szukać czegoś innego.



W Parku jest przecudnie. Trasa wzdłuż Jeziora Góreckiego jest rewelacyjna, a na jego południowym brzegu znajduje się przenajgenialniejszy singletrack jaki znam w poznańskim fyrtlu. Dla tych dwóch kilometrów warto pobiec poprzedzające trzydzieści :)

Pogoda i humory dopisywały. Najbardziej w kość (głównie miednicę) dostawał Piotrek na rowerze. Mnie zaczął coraz mocniej dokuczać Achilles. Co ciekawe, łydka po 30 km czuła się o niebo lepiej niż na początku. Powolutku kierowaliśmy się z powrotem do Puszczykowa, przez Osową Górę, pod którą znajduje się świetny odcinek na ćwiczenie podbiegów i zbiegów.

W Puszczykówku Łukasza miał odebrać Robert, jego brat. Dobrze się złożyło, że zabrali do auta Piotrka - on mógł odpocząć, a rower, który zostawił, pozwolił mi pokonać ostatnie 20km do domu nie obciążając Achillesa.

Po spałaszowaniu drugiej tego dnia porcji lodów i cyknięciu pamiątkowej fotki wyruszyliśmy z powrotem do Poznania.


Mimo, że zamiast biegowych 60 km wyszło niecałe 40, wspaniałe towarzystwo sprawiło, że Pyntla udała się znakomicie. Dziękuję!


piątek, 18 kwietnia 2014

Prezentacja Projektu UTMB i rozwiązanie konkursu

Dzisiaj trochę nietypowo.

Od jakiegoś czasu interesuję sie górskimi biegami ultra, probuję też swych sił w tego rodzaju zmaganiach. Czytam blogi Joe Granta, Antona Krupicki, Dakoty Jonesa... Oglądam Kiliana, jak skacze po Matterhornie... I marzę...

Moje marzenia biegowe nie są wyjątkowe, na pewno dzielę je z tysiącami podobnych sobie. UTMB - bieg dookoła masywu Mont Blanc. Wystarczy wyszeptać te cztery literki, a wyobraźnia rozpala się jaskrawym ogniem nadziei, obaw, podziwu i wielu innych emocji, jakby był to magiczny tetragram rodem z Kabały.

W realizacji takiego marzenia potrzebne jest wsparcie. Z dumą i przyjemnością pragnę oznajmić, że w moich przygotowaniach do UTMB 2015 będzie mnie wspierać firma The North Face.



Logo TNF zawiera graficzne przedstawienie skały Half Dome, jednego z największych granitowych bloków na świecie, znajdującego się w parku narodowym Yosemite w Stanach Zjednoczonych.

Half Dome to właśnie Półkopuła z mojego opowiadania, zamieszczonego w poprzednim wpisie. W odpowiedzi na konkurs otrzymalem sześć propozycji zakończenia historii pierwszego w historii wejścia pólnocno-zachodnią ścianą Half Dome, pierwszej wspinaczkowej "szóstki" na świecie.

Wszystkie nadesłane odpowiedzi bardzo mi się podobały i serdecznie za nie dziękuję. Na pewno sam nie wymyśliłbym lepszego zakończenia niż te zaproponowane przez czytelników. Z radością pragnę przedstawić kompletne już opowiadanie wraz z zakończeniem autorstwa Moniki, która w nagrodę otrzymuje biegową czapeczkę The North Face.

Dziękuję i gratuluję! Mam nadzieję, że to pierwszy, ale nie ostatni konkurs na tym blogu...

Świat jest przekonany, że mamy manię wielkości. Rano wsiadamy do Chryslera 300 z ponad 6-litrowym silnikiem. Jedziemy do biura na osiemdziesiątym piętrze Empire State Building. Kiedy jesteśmy głodni, zamawiamy stek, spod którego nie widać talerza. Ludzie myślą, że sprawia to nasze chore ego, jakaś powszechna, narodowa dysfunkcja przysadki. Tymczasem prawda jest zupełnie inna. Wielkość jest wpisana w ten kraj. Była tu, zanim statki kolonizatorów wylądowały u wybrzeży Nowego Świata, a nawet wcześniej, kiedy stada bizonów gnane były wiatrem, a nie okrzykami Apaczów.

Póki nie spróbują przeskoczyć Wielkiego Kanionu, objąć ramionami pnia sekwoi i usłyszeć własne myśli w szumie Niagary, nie zrozumieją. Chyba, że przyjdą tu i spojrzą w górę…

Pod dotykiem dłoni czuć chłód granitu. Byłem tu wiele razy. Zimą, latem, w dni słoneczne i pochmurne. Zawsze napotykałem ten sam chłód. Nauczyłem się go i teraz byłbym w stanie rozpoznać to miejsce dzięki samemu dotykowi, nawet gdybym stracił pozostałe zmysły.

John Muir mawiał, że moc wyobraźni człowieka sprawia, że znikają dlań wszelkie granice. Kiedy tak stoję tu, u podnóża ściany i zadzieram głowę, widzę szczyt tylko dzięki wyobraźni. Dzieli mnie od niego kilkaset metrów i kilka dni, ale ile dokładnie? Trzy, może cztery? Nie wiem. Nikt tego nie wie. Nikt jeszcze tędy nie wszedł…

…Potężny orzeł rozpostarł skrzydła i sfrunął ze skalnej półki. Okrążył Półkopułę i skierował się w stronę drzew. Odlatując od szarej bryły dostrzegł na jej północno-zachodniej ścianie kilka ludzkich sylwetek. Z dzioba wyrwał mu się pogardliwy pisk. Nigdy jeszcze nie zaszli wysoko. Nawet gniazda jego kuzynów są wyżej niż ostatni ślad obecności człowieka. Głupcy! Sądzą, że wbiją dziesiątki sztucznych szponów w kamień i dzięki temu dostaną się na szczyt. Bezskrzydłe pokraki, które nigdy nie zaznały uczucia, kiedy wiatr śpiewa wokół ciebie i gra na twoich piórach… Orzeł machnął kilka razy skrzydłami i poleciał na łowy. Kiedy po kilku godzinach wrócił, sylwetki wspinaczy były zdecydowanie wyżej. Trójka śmiałków parła wciąż w górę. W sercu orła zawrzał gniew. Pełzać wam po ziemi, przerośnięte robaki! A jeśli chcecie latać, to tylko w dół! W dół!

Trzy dni później orzeł znów okrążał Półkopułę, lecz tym razem nie było widać ludzi w ścianie. Ha! Zrezygnowali albo spadli! Nie ma ich! Z radości wzbił się wysoko, leciał w stronę kuli słońca, jarzącej się złotem ponad światem. Kiedy już miał zanurkować, złowił wzrokiem poruszenie w górze ściany. Zaniepokojony drapieżnik  bił skrzydłami jak szalony, leciał wyżej i wyżej, tnąc piórami niebo. Widział ludzi, tych samych, co wcześniej. Ale jak to?! Jakim prawem?! Orzeł zakrzyknął z wściekłości, z furią gnał w górę. Nigdy wcześniej nie latał tak wysoko, a ludzie i tak byli daleko, gdzieś blisko szczytu… Nagły strach przeszył serce ptaka i złapał jego duszę w szpony, tak jak on sam łapał w nieubłagany uchwyt swoją zdobycz. Nie da rady wzbić się wyżej. Musi opaść. Zakrzyknął jeszcze raz, ze strachu, głośniej niż kiedykolwiek wcześniej…

…Nagły krzyk ptaka – czyżby orła? – wyrwał mnie z chwilowego odrętwienia. Obróciłem nie do końca przytomne oczy w stronę kolegów.

Mike i Jerry ponownie sprawdzili szpej. Spojrzeliśmy po sobie i bez słowa zaczęliśmy wspinaczkę. Pierwsze godziny upłynęły dość spokojnie, drogę znaczyły haki założone dwa lata wcześniej przez innych śmiałków, którym się nie udało. Kiedy zakładaliśmy pierwszy biwak w ścianie, w głowie kołatało pytanie: czy i nas czeka wycof? To niesamowite, jaki kocioł myśli potrafi wrzeć pod powiekami tuż przed zaśnięciem. Mieszkańcy miast nigdy nie zobaczą większości gwiazd na nocnym niebie. Podobnie i ja: tylko w ciszy graniowego bezkresu słyszałem najcichsze szepty własnej duszy.

Pierwsza „szóstka”… Ciekawe, jak z oddali będzie się przedstawiał jej rysunek – kardiogram Półkopuły wykreślony potem i krwią? Pierwsza „szóstka”…

W ciągu trzech kolejnych dni moje ciało stopniowo zamieniało się w granitową bryłę. Czułem, jak sztywnieją mi mięśnie, a tępy ból powoli utwardza tkanki. Ogarniał mnie chłód i otępienie. Tylko serce uparcie tłoczyło płynne życie w najdalsze zakamarki ciała, tak jak wulkan wyrzuca lawę, wybuchało erupcją każdego uderzenia. Mniej ważne myśli cichły i nawet wieczorami nie przebijały się do świadomości. Z tych ważniejszych pamiętam szczególnie jedną, która przyszła niedługo po tym, jak minęliśmy ostatnie ślady poprzedników i weszliśmy na dziewiczy teren. Nasze poczynania nie były aktem szaleństwa, wybrykiem młodości ani sportowym wyczynem. Tworzyliśmy dzieło sztuki. Kiedy omiatałem wzrokiem przestrzeń nad sobą, szukając najlepszej linii, czułem się jak architekt; kiedy wbijałem hak w skałę, byłem Fidiaszem powołującym do życia marmurowych bogów.

Piątego dnia dotarliśmy na skraj świata. W oślepiającym słońcu, wyczerpani wysiłkiem i brakiem wody, brnęliśmy w stronę szczytu, kierowani przez nieubłagany opór grawitacji. Jeżeli prawdziwa sztuka naprawdę rodzi się w bólach, to właśnie powstawało arcydzieło. Wiedzieliśmy, że do szczytu coraz bliżej, bo skalne nawisy zwiastujące koniec wspinaczki przybliżały się z każdą godziną. Co się jednak stanie, gdy do nich dotrzemy? Czy znajdziemy siłę, by je pokonać, skoro trudno nam nawet przełknąć resztki śliny? Kiedy już cierpienie zaczęło przesłaniać nadzieję – deus ex machina – Jerry trafił na półkę. Skalny parapet szerokości stopy zdawał się prawdziwą promenadą, autostradą międzystanową. Nazwaliśmy to miejsce Półką „Dzięki Bogu”. Boska opatrzność pozwoliła nam ominąć nawisy.

Ostatniego odcinka nie pamiętam. W pewnej chwili ściana się po prostu skończyła. Nasze stopy znalazły oparcie, ręce odpoczynek. Byliśmy na szczycie.

Czekał tam na nas Batso ze szkłem pełnym mniej lub bardziej szlachetnego trunku.

„Witajcie”, zawołał.

„Aaaa…” chciałem natychmiast coś powiedzieć, wykrzyczeć, sam nie wiem co, coś wielkiego, lecz ledwo marny szept przedzierał się przez zaciśnięte gardło - sylaby, bez związku ze sobą, jedna po drugiej. Bełkotałem i nie potrafiłem nad tym zapanować…Zaczęło mnie to śmieszyć … śmiałem się coraz mocniej i pełniej, wyłem bezgłośnie, leżąc zwinięty na chłodnej skale. Cisza. Zamilkł nawet ten przerośnięty wróbel z zakrzywionym dziobem.„Co teraz, Batso?” wyszeptałem, „Czy to jest nasz szczyt? Szczyt szczytów? Co teraz?” – dotarło do mnie, jak bardzo poczułem się zawiedzony. Tak, właśnie – szczęśliwy i zawiedziony zarazem.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Ultramotywacja odc. 1


Bieganie uratowało mi życie. Na początku biegałem po to, żeby usunąć z organizmu toksyny. Biegałem, by zapomnieć i odnaleźć spokój duszy. Biegałem, bo tylko to mogłem zrobić – i bieganie mnie uleczyło. Pomogło zajrzeć w głąb siebie, przebaczyć sobie, zaufać i wyciągnąć naukę z tego, co było.

 
 
Timothy Allen Olson – jeszcze kilka lat temu: uzależniony od alkoholu I narkotyków, pełen myśli samobójczych; dzisiaj: szczęśliwy mąż I ojciec, dwukrotny zwycięzca najbardziej kultowego wyścigu na 100 mil w USA - Western States.
 

 

piątek, 11 kwietnia 2014

Półkopuła


Świat jest przekonany, że mamy manię wielkości. Rano wsiadamy do Chryslera 300 z ponad 6-litrowym silnikiem. Jedziemy do biura na osiemdziesiątym piętrze Empire State Building. Kiedy jesteśmy głodni, zamawiamy stek, spod którego nie widać talerza. Ludzie myślą, że sprawia to nasze chore ego, jakaś powszechna, narodowa dysfunkcja przysadki. Tymczasem prawda jest zupełnie inna. Wielkość jest wpisana w ten kraj. Była tu, zanim statki kolonizatorów wylądowały u wybrzeży Nowego Świata, a nawet wcześniej, kiedy stada bizonów gnane były wiatrem, a nie okrzykami Apaczów.

Póki nie spróbują przeskoczyć Wielkiego Kanionu, objąć ramionami pnia sekwoi i usłyszeć własne myśli w szumie Niagary, nie zrozumieją. Chyba, że przyjdą tu i spojrzą w górę…

Pod dotykiem dłoni czuć chłód granitu. Byłem tu wiele razy. Zimą, latem, w dni słoneczne i pochmurne. Zawsze napotykałem ten sam chłód. Nauczyłem się go i teraz byłbym w stanie rozpoznać to miejsce dzięki samemu dotykowi, nawet gdybym stracił pozostałe zmysły.

John Muir mawiał, że moc wyobraźni człowieka sprawia, że znikają dlań wszelkie granice. Kiedy tak stoję tu, u podnóża ściany i zadzieram głowę, widzę szczyt tylko dzięki wyobraźni. Dzieli mnie od niego kilkaset metrów i kilka dni, ale ile dokładnie? Trzy, może cztery? Nie wiem. Nikt tego nie wie. Nikt jeszcze tędy nie wszedł…

…Potężny orzeł rozpostarł skrzydła i sfrunął ze skalnej półki. Okrążył Półkopułę i skierował się w stronę drzew. Odlatując od szarej bryły dostrzegł na jej północno-zachodniej ścianie kilka ludzkich sylwetek. Z dzioba wyrwał mu się pogardliwy pisk. Nigdy jeszcze nie zaszli wysoko. Nawet gniazda jego kuzynów są wyżej niż ostatni ślad obecności człowieka. Głupcy! Sądzą, że wbiją dziesiątki sztucznych szponów w kamień i dzięki temu dostaną się na szczyt. Bezskrzydłe pokraki, które nigdy nie zaznały uczucia, kiedy wiatr śpiewa wokół ciebie i gra na twoich piórach… Orzeł machnął kilka razy skrzydłami i poleciał na łowy. Kiedy po kilku godzinach wrócił, sylwetki wspinaczy były zdecydowanie wyżej. Trójka śmiałków parła wciąż w górę. W sercu orła zawrzał gniew. Pełzać wam po ziemi, przerośnięte robaki! A jeśli chcecie latać, to tylko w dół! W dół!

Trzy dni później orzeł znów okrążał Półkopułę, lecz tym razem nie było widać ludzi w ścianie. Ha! Zrezygnowali albo spadli! Nie ma ich! Z radości wzbił się wysoko, leciał w stronę kuli słońca, jarzącej się złotem ponad światem. Kiedy już miał zanurkować, złowił wzrokiem poruszenie w górze ściany. Zaniepokojony drapieżnik  bił skrzydłami jak szalony, leciał wyżej i wyżej, tnąc piórami niebo. Widział ludzi, tych samych, co wcześniej. Ale jak to?! Jakim prawem?! Orzeł zakrzyknął z wściekłości, z furią gnał w górę. Nigdy wcześniej nie latał tak wysoko, a ludzie i tak byli daleko, gdzieś blisko szczytu… Nagły strach przeszył serce ptaka i złapał jego duszę w szpony, tak jak on sam łapał w nieubłagany uchwyt swoją zdobycz. Nie da rady wzbić się wyżej. Musi opaść. Zakrzyknął jeszcze raz, ze strachu, głośniej niż kiedykolwiek wcześniej…

…Nagły krzyk ptaka – czyżby orła? – wyrwał mnie z chwilowego odrętwienia. Obróciłem nie do końca przytomne oczy w stronę kolegów.

Mike i Jerry ponownie sprawdzili szpej. Spojrzeliśmy po sobie i bez słowa zaczęliśmy wspinaczkę. Pierwsze godziny upłynęły dość spokojnie, drogę znaczyły haki założone dwa lata wcześniej przez innych śmiałków, którym się nie udało. Kiedy zakładaliśmy pierwszy biwak w ścianie, w głowie kołatało pytanie: czy i nas czeka wycof? To niesamowite, jaki kocioł myśli potrafi wrzeć pod powiekami tuż przed zaśnięciem. Mieszkańcy miast nigdy nie zobaczą większości gwiazd na nocnym niebie. Podobnie i ja: tylko w ciszy graniowego bezkresu słyszałem najcichsze szepty własnej duszy.

Pierwsza „szóstka”… Ciekawe, jak z oddali będzie się przedstawiał jej rysunek – kardiogram Półkopuły wykreślony potem i krwią? Pierwsza „szóstka”…

W ciągu trzech kolejnych dni moje ciało stopniowo zamieniało się w granitową bryłę. Czułem, jak sztywnieją mi mięśnie, a tępy ból powoli utwardza tkanki. Ogarniał mnie chłód i otępienie. Tylko serce uparcie tłoczyło płynne życie w najdalsze zakamarki ciała, tak jak wulkan wyrzuca lawę, wybuchało erupcją każdego uderzenia. Mniej ważne myśli cichły i nawet wieczorami nie przebijały się do świadomości. Z tych ważniejszych pamiętam szczególnie jedną, która przyszła niedługo po tym, jak minęliśmy ostatnie ślady poprzedników i weszliśmy na dziewiczy teren. Nasze poczynania nie były aktem szaleństwa, wybrykiem młodości ani sportowym wyczynem. Tworzyliśmy dzieło sztuki. Kiedy omiatałem wzrokiem przestrzeń nad sobą, szukając najlepszej linii, czułem się jak architekt; kiedy wbijałem hak w skałę, byłem Fidiaszem powołującym do życia marmurowych bogów.

Piątego dnia dotarliśmy na skraj świata. W oślepiającym słońcu, wyczerpani wysiłkiem i brakiem wody, brnęliśmy w stronę szczytu, kierowani przez nieubłagany opór grawitacji. Jeżeli prawdziwa sztuka naprawdę rodzi się w bólach, to właśnie powstawało arcydzieło. Wiedzieliśmy, że do szczytu coraz bliżej, bo skalne nawisy zwiastujące koniec wspinaczki przybliżały się z każdą godziną. Co się jednak stanie, gdy do nich dotrzemy? Czy znajdziemy siłę, by je pokonać, skoro trudno nam nawet przełknąć resztki śliny? Kiedy już cierpienie zaczęło przesłaniać nadzieję – deus ex machina – Jerry trafił na półkę. Skalny parapet szerokości stopy zdawał się prawdziwą promenadą, autostradą międzystanową. Nazwaliśmy to miejsce Półką „Dzięki Bogu”. Boska opatrzność pozwoliła nam ominąć nawisy.

Ostatniego odcinka nie pamiętam. W pewnej chwili ściana się po prostu skończyła. Nasze stopy znalazły oparcie, ręce odpoczynek. Byliśmy na szczycie.

Czekał tam na nas Batso ze szkłem pełnym mniej lub bardziej szlachetnego trunku.

„Witajcie”, zawołał.

„…”
I tu pojawia się konkurs:
Należy dopisać zakończenie tej historii, maksimum 1000 znaków (ale równie dobrze może być 100).
Liczy się kreatywność, spójność z całością historii i puenta. Na odpowiedzi czekam do poniedziałku do północy, we wtorek lub w środę ogłoszenie wyników. Nagrodą jest bardzo fajny gadżet biegowy.

Propozycje - odpowiedzi należy wpisywać w komentarzach do posta, tu na blogu, razem z podaniem swojego maila do kontaktu.

Zachęcam też do polubienia fan page'a DoThingsAlways na facebooku.