head

head

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Bieg Rzeźnika - relacja

Rozdział pierwszy

w którym wszystko się zaczyna zupełnie nie tak, jak powinno. Sprej mrozi za słabo i nie można znaleźć kluczy; dokonuje się również degustacji piwa – w tempie ekspresowym i pomijając niektóre aspekty; wreszcie docenia się aktywną regenerację i rozmaite metody autoterapii.

Każdą opowieść trzeba kiedyś zacząć. Chociaż od dawna marzę o UTMB, a moje przygotowania trwają wiele miesięcy, nie mogę przecież opowiedzieć wszystkiego od początku – głównie dlatego, że sporo już zapomniałem. Może w trakcie mi się przypomni?

W środku nocy wysiadam z autobusu w Komańczy. Jest bardzo chłodno, rozespane ciało sztywnieje z zimna, aż muszę wyciągnąć kurtkę. Bezchmurna noc przynosi nie tylko chłód: po raz pierwszy na starcie Biegu Rzeźnika widzę różowo-pomarańczową łunę przedświtu nad grzbietami gór. Wszystko dzieje się bardzo szybko. Z powodu robót drogowych autobusy dowiozły nas później niż zwykle, zegarek dziwnie długo szukał satelitów, nie zdążyłem się nawet porządnie zdenerwować nadchodzącą chwilą startu, a już palba ze strzelby kazała biec. No dobrze, to trochę za dużo powiedziane. W tłumie półtora tysiąca osób nie dało się biec przez dobre kilka minut. Potem należało się skupić nad tym, czego nie robić: nie nadrabiać straty ze startu, nie patrzeć na tempo, nie biec pod górę, nie dać się wciągnąć w nerwowość pierwszych kilometrów i nie przejmować się faktem, że tyle osób wyprzedza cię, a ty masz nieodparte wrażenie zostawania w tyle. To wszystko jedna mija wraz z końcem asfaltu i początkiem podejścia na Chryszczatą. Sznur biegaczy zwalnia i pokornieje. Przyszedł czas, by góra pokazała każdemu jego miejsce w szeregu.

Świat dookoła jaśnieje, a oczy zaczynają szukać znajomych miejsc. Cudne jeziorka Duszatyńskie ze szmaragdową wodą, cmentarzyk przed szczytem… Bardzo łatwo poczuć tę wyjątkową atmosferę Bieszczadów. Czuję wielkie podekscytowanie i radość – tym większe, że biegnę tu już trzeci raz i pamiętam z poprzednich lat, jakie wspaniałości czekają mnie na trasie. Tym bardziej muszę powstrzymywać się od forsowania tempa. Plany są precyzyjne: zacząć bardzo spokojnie i pierwsze dwa etapy pobiec nie szybciej niż rok temu. Potem, między Cisną a Smerekiem cierpliwie pracować i nie tracić czasu, a następnie… Złoić połoniny tak, żeby bolało. Co jakiś czas wymieniamy słówko z Szymonem, utwierdzając się w przekonaniu, że wszystko jest w porządku. Nagle na zbiegu Szymon przyspiesza mocno, leci szlakiem w dół jak wiatr. „No dobrze, jak się bawić, to się bawić” – myślę i rzucam się w pogoń. Mijamy dziesiątki biegaczy, czerpiąc ogromną frajdę ze zbiegu. Kolejne potwierdzenie, że jesteśmy w dobrej formie. Na przełęczy Żebrak nie jesteśmy zmęczeni i z animuszem rozpoczynamy kolejne podejście.

Małymi kęsami wcinam batona i popijam wodę. Na tym fragmencie trasy nie ma szczególnie porywających widoków, jest za to wygodny szlak, jak to się mówi „biegalny” – oznacza to, że charakter podłoża i stopień nachylenia szlaku pozwalają biec przez prawie cały czas – poza bardziej stromymi podejściami. Na jednym z nich źle stawiam prawą stopę na dużym kamieniu. Mięśnie uda nie mogą dobrze wykonać swojego zadania dźwignięcia ciała i część obciążenia przejmują jakieś struktury w stopie. Zabolało. „Oby nie było z tego problemu” – mówię do siebie i idę dalej. Myślę o kolejnych fragmentach trasy i o tym, jak mocno słońce da nam popalić na połoninach.

Zgodnie z zasadami dobrej literatury powinienem teraz poświęcić kilka chwil mniej lub bardziej ciekawym przemyśleniom, zanim przejdę do rzeczy; potrzymać czytelników w niepewności, zawiesić na chwilę relację z wyścigu i napisać coś o przygotowaniach, sprzęcie itp. Rzecz w tym, że to wszystko nie ma sensu, bo po prostu pół godziny później było po wszystkim. Noga bolała coraz mocniej, każdy większy ruch w płaszczyźnie grzbietowej pogarszał sprawę. Serce mi pękało, kiedy mówiłem do Szymona: „nic już z tego niestety nie będzie.” Do Cisnej zostało jakieś pięć kilometrów i były to najgorsze chwile w moim biegowym życiu, mimo wspaniałego wsparcia ze strony mijających mnie biegaczy.

Czułem ogromny smutek, żal, rozgoryczenie, wstyd. Zawiodłem siebie, zawiodłem wszystkich, a przede wszystkim zawiodłem Szymona. Pal licho kontuzję i jej wpływ na start w Lavaredo, myślałem tylko o tym, że zawiodłem przyjaciela. W każdym razie: bieg skończył się dla mnie w Cisnej. Zdjąłem chipa i numer startowy. Pokuśtykałem do punktu medycznego, gdzie zamrozili mi kostkę sprejem. Miałem ochotę poprosić, by zamrozili mnie całego, żeby tylko nie myśleć i nie czuć.
O wiele łatwiej byłoby mi przyjąć porażkę, gdyby biegł sam. Gdybym miał słabą formę. Gdyby międzyczasy były kiepskie. Gdyby pogoda była paskudna. Gdyby nie było tylu przyjaciół i znajomych na trasie. Wszystko jednak było niemalże idealnie poza tym jednym punkcikiem w ciele, który zechciał się zepsuć akurat w najmniej odpowiednim momencie.

Kilka dni później po urazie nie ma śladu. Ból sprzed tygodnia wydaje się nierealny, niemożliwy. Czary jakieś. Jednak żal pozostał – choć czuję zapał do treningów i swoje myśli kieruję już ku kolejnym wyzwaniom, to wiem, że zostawiłem w Bieszczadach niezałatwione sprawy i że muszę tam wrócić, żeby dokończyć dzieła. Do kolejnej edycji Biegu Rzeźnika został prawie cały rok, ale ja już teraz w swoim kalendarzu piątek po Bożym Ciele mam zarezerwowany: dla Szymona, dla błota, dla połonin i piwa w Ustrzykach.

***

Kiedy wróciłem do Poznania, zacząłem się poważnie przejmować, czy uraz uda się wyleczyć przed Lavaredo. Na dodatek Krzysiek Dołęgowski zamieszał mi w głowie swoim artykułem, w którym przekonuje o nieskuteczności powszechnie stosowanej terapii lodem. Miałem w głowie rady Sławka Marszałka, których udzielił mi przy okazji innych dolegliwości. W sytuacji, gdy wydawało mi się, że należałoby unieruchomić bolące miejsce i nie tykać go pod żadnym pozorem, Sławek – który sam ma na koncie wiele Rzeźnickich medali i kilka hardkorów w świetnym czasie – polecił mi masować i uciskać… Tak też zrobiłem. Masowałem, rozcierałem, poruszałem, uciskałem opuchnięta kostkę. Następnego dnia czułem wyraźną poprawę, mogłem (prawie) normalnie chodzić, a nieobciążona noga nie bolała wcale.

Choć nie było mi dane wyjść z Cisnej w kierunku Smereka, mogłem prześledzić każdy kilometr, poczuć trudy napierania przez skąpane w słońcu połoniny dzięki licznym relacjom w internecie. Przez kilka dni większość postów, jakie wyświetlały się na moim facebooku związane były z Bieszczadami właśnie. Gdybym chciał zapomnieć, nie myśleć o stracone szansie musiałbym się zakopać w jakiejś jamie, gdzie nie dochodziłoby światło i wifi. Zdjęcia i słowa – kipiące emocjami – trzymały mnie dobre kilka dni z daleka od domu, kilkaset kilometrów od dusznego miasta.

Dokładnie w tym samym czasie, kiedy na trasie Biegu Rzeźnika wiele drużyn przeżywało jedne z najintensywniejszych chwil swojego życia, ja siedziałem na ławie w pensjonacie Troll i robiłem coś zupełnie przeciwnego. Prysznic, czyste ubrania, pieniądze, łóżko, maść przeciwbólowa – wszystko to znajdowało się w naszym pokoju, którego drzwi były zamknięte na klucz, a ten spoczywał bezpiecznie w kieszeni mojego szwagra, Piotrka… gdzieś na Połoninie Wetlińskiej. Ciało, umysł, dusza – przez ostatnie godziny wszystko skupione było na biegu. Po jego przedwczesnym zakończeniu została ogromna pustka i nuda, a także chęć ucieczki. Piękna pogoda drażniła, serce gryzł robak zazdrości, bolało równie mocno, co kontuzjowana noga.  Kilkugodzinne oczekiwanie było wspaniałą lekcją pokory. Dzięki niej lepiej rozumiem, co to znaczy MÓC iść na trening, co to znaczy MIEĆ ZDROWE NOGI, co to znaczy BYĆ W STANIE kierować swoim życiem, wybierać szlak, którym się podąża.

W pewnym momencie trzeba było jednak zamknąć ten rozdział. Z wielką pomocą przyszło mi kilka buteleczek z ciemnego szkła, przywiezionych z Bieszczadów. Wielka Niedźwiedzica przywaliła mi kilka razy ciężką łapą w durny łeb i stała się ciemność.

Dygresja: jeden z moich znakomitych znajomych o wdzięcznej ksywie Piechu jest koneserem piwa i jego wielkim znawcą. Jego elaboraty na temat coraz to nowych gatunków, analizy piany, dogłębne niuchanie wszelkich aromatów wzbudzają mój wielki podziw. Degustacja tamtego wieczoru pomijała wiele z tych browarnianych aspektów. Zwracałem uwagę tylko na to, żeby dopasować otwór w butelce do otworu gębowego i w odpowiednim czasie zmienić szkło puste na pełne.

***

Piwna metoda autoterapii przyniosła dobry skutek, chociażby anestezjologiczny, podobnie wszelakie techniki manualnego znęcania się nad zepsutą kończyną. Przewóz jest naprawion.


Biorę głęboki wdech i unoszę głowę. Wzrok sięga daleko ku południu, gdzie w oddali majaczą niewyraźne jeszcze figury trzech włoskich sióstr.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz